Sygnał przyjęty

O „Johnie, synu Johna” Douglasa Stuarta

4 minuty

Sygnał przyjęty

O „Johnie, synu Johna” Douglasa Stuarta

/

/

4 minuty

Ojciec Cala, jak większość wyspiarzy, nie lubi trwonić słów. Zdaniem chłopaka ich rozmowy (chyba nie tylko te przez telefon?) przypominają połączenia z zegarynką. Jest tak, mimo że nie widzieli się od dawna i Cal płynie mu na spotkanie aż z Edynburga, gdzie zadłużył się znacząco, by studiować tkactwo. Babcia Cala jest chora, a on sam – po pigułce ecstasy i z dobytkiem spakowanym do torby na śmieci – stanowi na statku nienajlepszy widok.

Jego dom rodzinny leży u wyszczerbionych malowniczymi fiordami wybrzeży Szkocji, na archipelagu o nazwie Hebrydy Zewnętrzne. Te zimne, spowite mgłą wyspy, słynące z owiec, ręcznie wyrabianego tweedu oraz jego staromodnych, kalwińskich twórców, mogą od niedawna pochwalić się nowym, ciekawym portretem.

Zainspirowana podróżą po Hebrydach „John, syn Johna” to trzecia powieść w dorobku Douglasa Stuarta, nagrodzonego Bookerem autora „Shuggie Baina” i „Młodego Mungo”. Cal (właściwie John-Calum MacLeod) jest jednym z dwóch tytułowych Johnów, a przed swoim ojcem – szorstkim jak tweed owczarzem – skrywa dwa straszne sekrety. Przefarbował włosy na rudo i jest gejem.

Prezbiteriańska społeczność Hebryd w obu tych sprawach widzi głębokie ułomności duszy. Choć ze względu na homoseksualność Cala z niepokojem poznajemy konserwatywny porządek wysp, młodemu tkaczowi to raczej włosy przysparzają tam poważniejszych problemów. Opisywani w powieści wyspiarze wydają się podobni zamieszkiwanemu przez siebie zakątkowi – są samotni w niezmiennym, morskim odrętwieniu i owinięci mgłą bogobojnych pozorów jak szczelnie tkanym tweedem.

Im bardziej na pokaz jest ich cnotliwość, tym więcej mają do zatajenia. Tajemnice skrywają: pastor, przyjaciele rodziny, starzy znajomi, babcia i mama Cala, a najwięcej chowa przed światem jego głęboko wierzący ojciec. Otóż podobnie jak o orientacji seksualnej syna nie wie męski, surowy John MacLeod – bez skrupułów wytykający innym odstępstwa od kalwińskich norm – tak Cal nie ma pojęcia o… orientacji ojca. Już w drugim rozdziale dowiadujemy się, że obaj są gejami, a żaden nie wie o homoseksualności tego drugiego.

Ten stateczny jak skała pomysł stanowi fundament książki i zarazem całego przemocowego domu MacLeodów. Pisarz mniej utalentowany na źródło napięcia mógłby wybrać potencjalny coming out bohaterów – Stuart obiera sobie trudniejszą ścieżkę, na której samo rozpoznanie tragikomedii omyłek okazuje się mało istotne. Na dalszy plan schodzi nawet miłosna geometria, w jaką omotują się obaj MacLeodowie, pragnący na pewnym etapie tego samego mężczyzny.

„John, syn Johna”, jak wcześniejsze książki Stuarta, korzysta co prawda z otoczki gejowskiego dramatu do wciągnięcia czytelnika w zawiły świat przedstawianych relacji, ale wymyka się przy tym umęczonej dramaturgii, miałkim kulminacjom czy oklepanym pomysłom na znajdowanie świerszczyków po cudzych szufladach, jakich nie brakuje w queerowych powieściach o okresie życia przed coming outem. Z pewnością nie popada też ani w nudny traktat o okrucieństwach uprzedzeń, ani w antyreligijną tyradę.

Heteroseksualne postacie drugoplanowe są tu równie istotne co John junior, John senior czy obiekty ich zainteresowań. Ciekawą postacią – peryferyjną względem niekończących się męskich sporów – jest babcia Ella. Ta obca Hebrydom kobieta z Glasgow skazana jest na udawanie, że nie rozumie wymierzanych w nią docinków w języku gaelickim, choć (mimo statusu outsiderki) zna mieszkańców Harris lepiej, niżby tego chcieli.

Świetnie skonstruowany jest też dobroduszny Innes MacInnes, marzący o rodzinnym życiu ze sceptycznie nastawionym do tego ojcem Cala. Innes uchodzi na wyspach za dziwaka nie tylko ze względu na swoje starokawalerstwo, ale i fascynację komunikacją krótkofalową. Bezsłowne „rozmowy”, jakie prowadzi z dalekimi radiostacjami, wydają się powodowane chęcią, by ktoś spoza Hebryd potwierdził jego istnienie. Czyżby sam siebie uważał za szereg kłamstw lub iluzji…?

Postacie epizodyczne są barwne – nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że pod koniec przeszkadzają w satysfakcjonującym rozplątaniu się zawiłych, pełnych niedopowiedzień relacji między Johnami. Energia początkowych rozdziałów gubi się w dwóch trzecich powieści, jakby autor bał się zapędzić w kliszowy finał. Rezultat jest nieco zbyt mdły i powściągliwy. (Czytelnicy „Młodego Mungo”, których rozczarowało otwarte zakończenie, zawiodą się i tutaj – szczęśliwie w „Johnie, synu Johna” Stuart nie kładzie takiego nacisku na przemoc jak tam.)

Umiejętny splot piękna i odrazy w ilustracjach codziennego życia rekompensuje mglistość zakończenia – ale trudno stwierdzić, że z nawiązką. Rozmach Stuarta w przedstawieniu kulturowo-społecznego krajobrazu Hebryd imponuje bardziej niż misternie tkane relacje bohaterów, zasadniczo niezmieniających się, nawet kiedy autor zaczyna wykładać przed nami wszystkie karty. (Zna on niewątpliwie obrane na powieść tworzywo, ale – jak mogą przekonać się polscy czytelnicy – z innymi szczegółami bywa różnie. Dla przykładu nasz rodak zostaje obdarzony imieniem „Sasza”.)

Ostatecznie to poszczególne momenty zapadają w pamięć: noc, którą Cal spędza samotnie na werandzie, podczas gdy jego przyjaciel z dzieciństwa – poniekąd i dawny kochanek – śpi ze spragnioną wrażeń starszą kobietą; niejednoznaczna relacja Cala ze zdolną, otwartą na świat Islą; a przede wszystkim sygnały słane przez Innesa na odległe krańce świata. To żadna rozmowa, ale może właśnie o to chodzi. /

O tej recenzji

„John, syn Johna” w tłumaczeniu Macieja Studenckiego miałem przyjemność otrzymać przedpremierowo od Wydawnictwa Poznańskiego w ramach współpracy z pewnym magazynem kulturalnym. Niestety, recenzja nie ukazała się tam z powodu różnic twórczych.