Poniższy esej jest drugim i ostatnim w serii zaadaptowanej z mojej pracy dyplomowej, Impas w kwestii zwierzęcej. Pierwszy, Drogi z Omelas, znajdziesz tutaj.
Impas
Jak ustaliliśmy w poprzednim tekście, zasadniczym problemem utylitaryzmu jest fakt, że sami nie chcielibyśmy mu podlegać. Kalkulacje największego dobra oferują może pozór uczciwości, ale niezależnie od liczby osób, które można uratować przy użyciu naszych organów, nie chcielibyśmy zostać poćwiartowani wbrew woli – okoliczności, w jakich się znajdujemy, nie mają tu znaczenia.
Dlaczego więc nie mamy problemu ze stosowaniem myślenia utylitarystycznego względem zwierząt? Tę niekonsekwencję rozumowania filozof Robert Nozick określił trafnie – jedna z niewielu jego trafnych uwag – „utylitaryzmem dla zwierząt, kantyzmem dla ludzi”. Także Ci, którzy odchodzą z Omelas może być interpretowane jako argument przeciwko utylitaryzmowi; szczęśliwość wielu nie usprawiedliwia tam przecież cierpienia nielicznych. Jeśli w ten sposób rozumieć opowiadanie Le Guin, stanowisko Singera zdaje się w ogóle nie prowadzić nas za „zwierzęce Omelas”.
Nie ma sensu mnożyć tutaj scenariuszy, w których chłodna kalkulacja interesów skłania do postępowania stojącego w niezgodzie z moralną intuicją – sławny (czy może niesławny?) jest przykład z duszeniem płaczącego niemowlęcia, by ocalić grupę ludzi ukrytych przed napastnikiem. Tak czy inaczej trudno jest zaprzeczyć, że osiągnięcia aktywizmu prozwierzęcego, napędzanego od dekad podejściem utylitarystycznym, są skromne. Na pierwszych stronach swojego Zoopolis Kymlicka i Donaldson diagnozują obecne położenie ruchu prozwierzęcego następująco:
Znalazł się [on] w impasie. Znane strategie i argumenty, do których odwoływano się w ciągu ostatnich 180 lat […] sprawdziły się tylko w niewielkim stopniu.
Autorzy kilkukrotnie odnoszą się bezpośrednio do Singera i zwracają uwagę na kierowane przeciw niemu zarzuty o welfaryzm – dążenie do polepszenia kondycji zwierząt bez wprowadzania fundamentalnych zmian. Singer zaprzecza przecież, „[że] w interesie większości zwierząt leży kontynuowanie życia” oraz uznaje, iż „życie większości ludzi […] ma większą wartość rzeczywistą aniżeli życie większości zwierząt”.
Sztuka mącenia wody
Alternatywę dla rzekomo niekonsekwentnego utylitaryzmu oferuje tzw. ART (ang. Animal Rights Theory) stanowiąca punkt wyjścia dla rozważań przedstawionych w Zoopolis.
Według proponentów ART, zwierzęta powinny posiadać nienaruszalne prawa podstawowe, jakimi cieszą się ludzie – np. prawo do niebycia zabijanymi. Donaldson i Kymlicka zgadzają się z tą tezą, ale jednocześnie krytykują pewne konkretne aspekty ART, a następnie rozszerzają ją o autorską teorię obywatelstwa. Na początek przyjrzyjmy się jednak klasycznej teorii praw zwierząt, od której wychodzą.
„Prawa zwierząt”, o których tu mowa, nie są prawami w sensie legislacyjnym – zakazującymi np. katowania zwierząt domowych pod karą więzienia. Jak wskazuje Zoopolis, popieranie humanitarnego traktowania zwierząt rzadko wiąże się z rzeczywistym popieraniem ich praw. W rozumieniu ART, za pozornie prozaicznym określeniem „prawa” stoi odważne stanowisko, zgodnie z którym zwierzętom powinno przysługiwać prawo do bycia niezabijanymi i niekrzywdzonymi niezależnie od okoliczności. (Przypomnijmy, że Singer oczekiwał tylko niezabijania zwierząt z przyczyn równie frywolnych co jedzenie czy ubiór, ale dopuszczał np. eksperymenty).
Autorzy Zoopolis zdają sobie sprawę z radykalności tych postulatów – zauważają np. za Robertem Garnerem, że zwolennicy ART „tonują swoje poglądy, gdy wypowiadają się oficjalnie, bo inaczej ich przekaz mógłby zanadto odbiegać od powszechnie przyjętych opinii”. Zamiast tego, skupiają się przede wszystkim na zobowiązaniach negatywnych względem zwierząt, ale milczą w kwestii zobowiązań pozytywnych. Powodów tego stanu rzeczy badacze dostrzegają kilka:
Skoro teoretycy AR wciąż nie są w stanie przekonać opinii publicznej, że zwierzęta posiadają prawa negatywne, upieranie się przy tym, iż zwierzęta mogą posiadać także prawa pozytywne, mogłoby jedynie całe zadanie skomplikować […].
Inne powody są, zdaniem Donaldson i Kymliki, mniej uzasadnione. Teoretyków AR charakteryzuje w opinii autorów Zoopolis „głęboko zakorzeniony sceptycyzm względem tego, czy ludzie powinni zawiązywać ze zwierzętami relacje, które mogłyby generować obowiązki opieki”. Przykładowym reprezentantem takiego stanowiska jest Gary Francione, uważający że:
Powinniśmy, oczywiście, dbać o tych nie-ludzi, których powołaliśmy do życia, ale musimy przestać powoływać do życia nowych […]. Nie ma sensu przypominać, że udomawiając zwierzęta pozaludzkie, postąpiliśmy niemoralnie, teraz jednak wciąż pozwalamy im się rozmnażać.
Francione opowiada się więc za zupełnym zakazaniem każdego rodzaju hodowli. Autorzy Zoopolis nie zgadzają się z tym przekonaniem, ich zdaniem ignorującym „gęstą sieć interakcji, które nieuchronnie łączą ze sobą ludzi i zwierzęta”. Argumentują oni, że nawet gdyby uznać pierwotne udomowienie zwierząt za złe – np. bo uczyniło je zależnymi od nas czy doprowadziło do zmniejszenia objętości ich mózgów – nie oznacza to, że wszystkie relacje ludzie-zwierzęta muszą zostać zerwane.
Dla przykładu, transatlantycki handel niewolnikami, w wyniku którego wielu mieszkańców Afryki trafiło do Ameryk, był niewątpliwie amoralny. Nie oznacza to jednak, że będące jego rezultatem istnienie społeczności czarnych Amerykanów w USA jest czymś złym czy wymagającym naprawy. Autorzy Zoopolis zwracają też uwagę, że zwierzęta zawsze towarzyszyły ludziom, a największymi sojusznikami ruchu obrony zwierząt są ich miłośnicy.
Tego rodzaju „spłaszczanie krajobrazu moralnego” przez obrońców ART jest, zdaniem autorów Zoopolis, jednym z powodów, dla których teoria ta funkcjonuje na politycznym marginesie. Do innych przyczyn jej niepowodzenia zaliczają dziedzictwo Zachodu, konformizm czy bronienie swoich interesów przez producentów mięsa.
Niedociągnięcia teoretyczne są jednak niewybaczalne w przypadku przedsięwzięcia tak ambitnego jak próba zakończenia „zwierzęcej Treblinki” i pogłębiają „przepaść między aktywistami AR” a np. ekologami czy mniej radykalnymi obrońcami, którzy w innych okolicznościach mogliby okazać się dla ART sojusznikami.
Łodzie ratunkowe
Podstawowym problemem podejścia opartego na prawach – problemem z którym musi mierzyć się również utylitaryzm – jest kwestia porównawczej wartości życia określonych istot.
Jeśli przyjąć, że zwierzęta posiadają nienaruszalne prawa do bycia niezabijanymi, stawiałoby to ich życie na równi z życiem ludzi – choć jest to wniosek, na który przystałby mało kto. Donaldson i Kymlicka rozumieją to dobrze:
Dlaczego tak wielu ludzi sądzi, że idea praw nienaruszalnych zwierząt jest nie do przyjęcia? Niektórzy uznają pewnie za oczywistość, iż śmierć człowieka jest wydarzeniem bardziej tragicznym i oznaczającym większą stratę dla świata aniżeli, na przykład, śmierć pawiana, w związku z czym zabicie człowieka musi być większym złem aniżeli zabicie pawiana.
Porównania te Donaldson i Kymlicka uznają jednak za nie na miejscu. Oczywistym jest przecież, że nasze subiektywne poczucie straty wynikające ze śmierci różni się znacząco w zależności od jednostek, które zmarły:
Możemy na przykład uważać, że […] gdy ginie ktoś młody, oznacza to większą tragedię niż śmierć kogoś w podeszłym wieku […]. Nasze oceny dotyczące poszczególnych strat nie będą miały jednak żadnego znaczącego związku z nienaruszalnym prawem człowieka do życia.
Nasza większa sympatia względem ludzi niż względem zwierząt nie oznacza więc, że musimy postrzegać ich życie jako mniej wartościowe. Tymczasem utylitaryzm – zdaniem autorów Zoopolis – jest fundamentalnie niezgodny ze sposobem myślenia wykształconym jako rezultat rewolucji praw człowieka. Jej trzonem jest zasada nienaruszalności, zgodnie z którą prawo do życia jednostki „jest całkowicie niezależne od jej względnego wkładu w ogólne dobro”. Prawa tego „nie wolno złamać […] nawet wtedy, gdy wymaga tego konieczność”.
Gdyby jednak uznać, że ludzkie życie ma większą wartość niż życie naszych pupili, ponieważ ludzkie zdolności kognitywne przewyższają zdolności zwierząt, podejmujemy ryzyko. Na czym ono polega? Donaldson i Kymlicka objaśniają je przy pomocy fikcyjnego, zaawansowanego gatunku – Telepatów. Istoty te opisane są przez badaczy jako mentalnie przewyższające ludzi w każdym względzie, bo zdolne do telepatii, złożonych operacji myślowych czy niezwykłej samokontroli moralnej.
[Telepaci] dostrzegają wprawdzie naszą podmiotowość, twierdzą jednak, że nie dysponujemy wystarczającymi zdolnościami, aby przyznać nam prawa nienaruszalne należne osobom.
Autorzy Zoopolis sądzą, że jako ludzie, nie przyjęlibyśmy takiej argumentacji – uważalibyśmy, że sama podmiotowość powinna zapewnić nam nienaruszalne prawa, a nasza domniemana niższość kognitywna nie ma znaczenia, tak jak „górowanie” Isaaca Newtona nad innymi pod względem inteligencji nie czyniło go panem ich życia i śmierci.
Zwierzęta posiadają podmiotowość, a co za tym idzie, ona sama powinna dawać im prawo do bycia niezabijanymi. Nie znaczy to oczywiście, że zwierzętom należy przyznać wszystkie prawa, jakimi cieszą się ludzie. Nie powinno przysługiwać im np. prawo do kandydowania w wyborach, tak jak nie przysługuje ono turystom – nie czyni to jednak życia turystów naruszalnym.
Łatwo jednak zauważyć, że nawet w społeczeństwie istot o równych prawach (takim jak, w teorii, nasze) nienaruszalność nie jest absolutna. O pojęciu nienaruszalności autorzy stwierdzają jasno, że nie oznacza ono absolutności, tzn. że nawet prawa nienaruszalne dopuszczają w szczególnych okolicznościach pewne wyjątki. Np. zabicie drugiego człowieka jest dopuszczalne, „gdy dokonujemy tego czynu w samoobronie”.
Rozumienie takie uzasadniają odwołaniem do koncepcji „umiarkowanego niedostatku” (ang. moderate scarcity) ilustrowanej tzw. przypadkami łodzi ratunkowych (ang. lifeboat cases), w których ilość pożywienia i/lub schronienia nie jest wystarczająca, aby mogli przetrwać wszyscy.
W takich sytuacjach trzeba podjąć decyzję, czyje życie ma dla nas większą wartość. Kymlicka i Donaldson dostrzegają, że „przypadki łodzi ratunkowej występują [także] w relacjach ludzko zwierzęcych”. Niekiedy – jak przy zetknięciu z jadowitymi wężami zagnieżdżonymi w domach – zachodzi potrzeba zabicia zwierzęcia, które stwarza zagrożenie dla ludzi. Autorzy stwierdzają jednak:
Chociaż nienaruszalność praw nie jest pozbawiona wyjątków, nie powinniśmy naturalnie przeceniać znaczenia owych wyjątków.
Sądzą oni, że postrzeganie np. eksperymentów na zwierzętach właśnie jako przypadku łodzi ratunkowej, a więc uzasadniającego przemoc, jest niesłuszne:
Istnieje wszak cały szereg technologii i odkryć medycznych, do których nie mamy obecnie dostępu, ponieważ sprzeciwiamy się prowadzeniu inwazyjnych eksperymentów na ludziach. Trudno byłoby przecenić odkrycia, których mogłaby dokonać nauka medyczna, gdyby zamiast eksperymentować na niedoskonałych zwierzęcych dublerach wolno było badaczom wykorzystywać do eksperymentów ludzi.
Niestety, Kymlicka i Donaldson z grubsza kończą na tym swoje rozważania moralne w kwestii lifeboat cases, choć wydawałoby się, że wiele można jeszcze powiedzieć.
Nawet jeśli zgodzimy się z autorami co do eksperymentów na zwierzętach, nie brakuje innych przypadków, gdy warunek umiarkowanego niedostatku zmusza nas do wybierania między życiem zwierząt a życiem ludzi. Jeden taki przypadek zbadany zostanie za moment – wcześniej jednak zerknijmy na tę ich całą teorię obywatelstwa.
Obywatel Reks
W swoim rozumowaniu Donaldson i Kymlicka wychodzą od tradycyjnego podziału zwierząt na dwie grupy – te udomowione (a więc laboratoryjne czy eksploatowane przemysłowo na fermach) oraz te dzikie (wszystkie inne, np. wilki w lasach czy ryby w morzach).
Zwierzętom domowym badacze proponują przyznać status obywateli, a zwierzętom dzikim status przedstawicieli niezależnych, suwerennych wspólnot. Choć przedstawicielom tym nie powinny przysługiwać prawa obywatelskie (np. do określonych form opieki, takich jak interwencje medyczne), powinny przysługiwać im wciąż omówione wcześniej uniwersalne prawa podstawowe.
Do jakiej grupy powinniśmy zakwalifikować jednak dokarmiane gołębie miejskie albo zwierzęta, które zadomowiły się w ludzkich zabudowaniach bez naszej wiedzy czy przyzwolenia?
Żyją pośród nas, w naszych garażach, na naszych podwórkach i w parkach, a często wręcz same zabiegają o naszą bliskość z powodu korzyści wynikających z życia między ludźmi. […] Ich istnienia nie sposób uznać za zwykłą anomalię.
Dla tej grupy istot Donaldson i Kymlicka proponują wydzielić trzecią kategorię – zwierząt liminalnych. Istotom takim, ani w pełni suwerennym, ani nie będącym częścią naszej wspólnoty, należy według Zoopolis przyznać status rezydentów.
Wróćmy jednak do kwestii obywatelstwa. Donaldson i Kymlicka dostrzegają, że „z różnych powodów ludziom po prostu trudno jest łączyć zwierzęta i obywatelstwo, tak jakby te pojęcia należały do różnych zakresów intelektualnych”.
Jednym z głównych powodów takiego stanu rzeczy jest „błędne rozumienie natury i funkcji obywatelstwa, nawet w odniesieniu do ludzi”. Autorzy sądzą, że problem wynika ze sprowadzania idei obywatelstwa – składającego się ich zdaniem z trzech funkcji: narodowości, suwerenności ludu oraz demokratycznego sprawstwa – wyłącznie do kwestii demokratycznego sprawstwa.
W opinii niektórych, ponieważ zwierzęta nie są w stanie uczestniczyć w „działaniach rozumu politycznego” (istoty obywatelstwa zdaniem Johna Rawlsa czy Jürgena Habermasa), nie ma sensu przyznawać im statusu obywateli. Kymlicka i Donaldson uważają takie uproszczenie istoty obywatelstwa za niewłaściwe.
Fakt, że zwierzęta nie są w stanie głosować czy uczestniczyć w życiu politycznym, nie jest wystarczającym uzasadnieniem do odmówienia im obywatelstwa. W wyborach głosować nie mogą np. osoby poniżej 18 r. życia […].
Twórcy Zoopolis kładą nacisk na fakt, że np. ruch na rzecz osób niepełnosprawnych uczynił z obywatelstwa „swój główny punkt odniesienia, a zarazem centralną zasadę organizacyjną”.
Jego sukces może stanowić przykład skutecznej strategii dla ruchów prozwierzęcych, bo chociaż osoby niepełnosprawne miały status obywateli, „jeszcze do niedawna traktowano je jako biernych odbiorców polityki paternalistycznej kształtowanej przez ich opiekunów”. Donaldson i Kymlicka uważają też sprawstwo zwierząt za poważnie niedoszacowane.
Również uznanie suwerenności zwierząt dzikich i rozpoznanie, że mamy wobec nich pozytywne zobowiązania, spotyka się ze sprzeciwem. Badacze wymieniają Petera Singera (raz jeszcze), Gary’ego Francione i Toma Regana jako obrońców zwierząt, których opinia o naszych zobowiązaniach względem zwierząt dzikich sprowadza się do uznania, że powinniśmy „zostawić je w spokoju”. Podejście to ignoruje jednak wpływ, jaki ludzie wywierają na zwierzęta niemal całą swoją działalnością.
[…] jeśli więc nawet zaprzestaniemy na nie polować i brać je w niewolę, nadal będziemy wyrządzać im ogromne krzywdy – czy to zanieczyszczając powietrze, czy to tworząc nowe korytarze transportowe, czy to poprzez rozwój miast i przemysłu, czy za sprawą procesów rolniczych.
Interesującym dylematem moralnym otwieranym przez ten sposób myślenia jest tzw. problem drapieżnictwa (ang. predation problem). Krytycy ART zauważają, że „przyznanie zwierzętom prawa do życia” powinno pociągać za sobą moralny obowiązek interweniowania, kiedy jest ono zagrożone. Może więc – powiedzą niektórzy – powinniśmy zapobiegać także polowaniom jednych zwierząt na drugie? Umieścić wszystkie drapieżniki w zoo i karmić je seitanem? Co ciekawe, chociaż argument ten ma funkcję reductio ad absurdum, na podobne pytanie Singer odpowiedział w 1973 r., że być może tego rodzaju interwencja byłaby odpowiednia.
Gdybyśmy w jakiś sposób mogli być pewni, że ingerencja w dziką przyrodę w dłuższej perspektywie znacznie zmniejszyłaby liczbę zabijanych i cierpiących zwierząt, moim zdaniem słusznie byłoby interweniować. Należy jednak dodać, że wynika to nie z samej idei Wyzwolenia Zwierząt, lecz z moich ogólnych poglądów moralnych. Gdyby ktoś przyjął inne poglądy moralne (na przykład jakąś teorię praw naturalnych) można by uniknąć szowinizmu gatunkowego, twierdząc przy tym, że człowiek nie ma prawa narzucać swoich zamiarów innym gatunkom.
Intuicja Singera okazuje się trafna w przypadku Donaldson i Kymliki. Badacze ci są zdania, że „istnieje […] szereg zasadniczych i pragmatycznych powodów, dla których ciążące na nas obowiązki interwencji w życie zwierząt dzikich winny podlegać ścisłym ograniczeniom”.
Dwa omawiane w Zoopolis argumenty na rzecz ich stanowiska to argument z omylności (głoszący, że nasze interwencje w przyrodę nie zawsze są skuteczne) i argument z rozkwitu (głoszący, że „zwierzęta rozkwitają wówczas, gdy mogą działać w zgodzie z własną naturą”).
Argument z omylności jest przekonujący, ale niestety wydaje się implikować, że „gdybyśmy dysponowali większą wiedzą, moglibyśmy się pokusić o przeprojektowanie świata przyrody”. W przypadku argumentu z rozkwitu sprawa jest bardziej złożona.
Z jednej strony pozwolenie indywidualnemu zwierzęciu umrzeć z pewnością nie przyczyni się do jego rozkwitu. Z drugiej strony zmienienie całej przyrody w ogród zoologiczny uczyniłoby życie zgodnie ze swoją naturą niemożliwym dla zwierząt. Podobnie jest w przypadku ludzi – człowiek w zagrożeniu zasługuje na ratunek, ale możliwość podejmowania ryzyka jest ważną częścią człowieczeństwa.
Autorzy dostrzegają więc potrzebę sformułowania bardziej wyrafinowanego stanowiska. Ich zdaniem grupy „zwierząt dzikich należy postrzegać jako zorganizowane, samorządne wspólnoty, których relacje ze społeczeństwami ludzkimi winny być regulowane normami suwerenności i uczciwych interakcji”.
Chociaż nie brakuje definicji suwerenności, zgodnie z którymi przyznanie jej wspólnotom zwierzęcym byłoby niemożliwe (np. ze względu na brak instytucji), gdyby suwerenność należała się jedynie społeczeństwom instytucjonalnym, nie przysługiwałaby ona wielu rzeczywiście istniejącym wspólnotom ludzkim – np. pierwotnym mieszańcom Ameryk w okresie kolonizacji przez europejczyków.
Napięcia
Projekty Wyzwolenia zwierząt i Zoopolis różnią się od siebie w wielu względach. Po pierwsze, jak już ustaliliśmy, Wyzwolenie zwierząt oparte jest na tradycji utylitarystycznej, podczas gdy Zoopolis odwołuje się najpierw do nienaruszalnych i uniwersalnych praw podstawowych, a następnie buduje na nich nową koncepcję przyznania zwierzętom statusu obywateli, rezydentów czy przedstawicieli suwerennych wspólnot.
Oba te projekty są względnie radykalne i wcielenie w życie któregokolwiek z nich wymagałoby gruntownych zmian społecznych – m.in. całkowitej delegalizacji działań przemysłu mięsnego i skórzanego, niemal zupełnego przekształcenia przemysłu mleczarskiego i przemysłu produkcji jajek oraz delegalizacji przytłaczającej większości eksperymentów na zwierzętach. Postulaty te stanowią zresztą tylko czubek góry lodowej niezbędnych przemian – produkty odzwierzęce wykorzystywane bywają w kosmetykach, lekach, a także w wielu mniej oczywistych dziedzinach ludzkiej działalności, np. przy produkcji wina.
Projekt autorów Zoopolis jest nawet radykalniejszy od projektu Singera i wymaga od nas przyznania zwierzętom nienaruszalnych praw podstawowych. Zmiany te wiązałyby się m.in. z zakazaniem przeprowadzania wszystkich krzywdzących eksperymentów na zwierzętach, zakazaniem odstrzałów (nawet w celach prośrodowiskowych), a nawet z pewnymi pozytywnymi zobowiązaniami wobec zwierząt dzikich, takimi jak chronienie ich siedlisk.
Warto zwrócić uwagę, że dużej części z tych działań wymagałoby też przyjęcie postulatów utylitarystów; te wydają się jednak dopuszczać pewne wyjątki, jak eksperymenty w szczególnych celach medycznych. Także odstrzały w celach prośrodowiskowych mogą być uzasadnione dzięki utylitaryzmowi, jeśli przyjąć, że upadek określonego ekosystemu wiąże się z większym cierpieniem, niż uśmiercenie części zamieszkujących go zwierząt – co jest trudniejsze w świetle teorii praw przyjmowanej przez autorów Zoopolis.
Podejście Donaldson i Kymliki wydaje się konsekwentniejsze od utylitarystycznego, ponieważ jest bliższe sposobowi, w jaki faktycznie myślimy o ludziach. Utylitaryzm Singera niekiedy zmusza badacza do uwag, które mogą wydać się niektórym odbiorcom dehumanizujące i niebezpieczne. Z drugiej strony podejście oparte na prawach proponowane przez Kymlikę i Donaldson może być zbyt radykalne, żeby było użyteczne.
Jednym z powodów odrzucenia przez twórców Zoopolis utylitaryzmu jako teorii etycznej jest wspomniany już fakt, że nie stosujemy go wobec ludzi. Jak piszą, nie zabilibyśmy człowieka, żeby pobrać jego organy, nawet gdybyśmy przy ich pomocy mogli uratować życie wielu ludzi.
Podobne scenariusze spotykają się jednak ze sprzeciwem utylitarystów jako sformułowane w złej woli lub zanadto wymyślne. Na przykład w Tych, którzy odchodzą z Omelas Le Guin musiała uzasadnić sytuację tytułowego miasta działaniem tajemniczej, ponadnaturalnej siły. Nietrudno dostrzec też, że ujmowanie określonego czynu – np. morderstwa dokonanego w celu pozyskania organów – z pominięciem części jego konsekwencji, stoi w niezgodzie z fundamentami utylitaryzmu.
Gdybyśmy faktycznie systemowo postępowali w taki sposób z ludźmi, stworzylibyśmy świat oparty na strachu, w którym nie może funkcjonować żadne społeczeństwo. Singer poniekąd odnosi się do tego problemu w Wyzwoleniu zwierząt:
Gdyby na przykład przeprowadzić na normalnych dorosłych ludziach, uprowadzonych w tym celu z parku, niezwykle bolesny lub kończący się śmiercią eksperyment naukowy, miłośnicy spacerów zaczęliby obawiać się porwania.
Co więcej, wzbudzilibyśmy żal i wściekłość w rodzinie człowieka, która mogłaby zechcieć się na nas zemścić, napędzając w rezultacie eskalującą spiralę przemocy. Tego rodzaju konsekwencje fikcyjnych scenariuszy są zawsze pomijane w eksperymentach myślowych skierowanych przeciwko utylitaryzmowi. Wyobrażane sytuacje wymagają nierzadko kreskówkowych uproszczeń dla uzasadnienia skrajnego lub mało rzeczowego rozumowania.
Dylemat strażaka
Także podejście oparte na prawach prezentowane przez autorów Zoopolis można krytykować na wiele sposobów. Jak już ustaliliśmy, stosunkowo niewiele miejsca w swojej pracy poświęcają na omówienie konkretnych lifeboat cases.
Donaldson i Kymlicka wspominają np. o przypadku ratowania psa podczas powodzi spowodowanej huraganem Katrina. Słusznie zauważają, że „wprowadzając zwierzęta do naszego społeczeństwa, zwyczajne wzięliśmy na siebie obowiązek ich ochrony”. Wyobraźmy sobie jednak następującą sytuację:
Budzimy się w świecie, w którym Zoopolis doprowadziło do przyznania zwierzętom nienaruszalnych praw, a w przypadku zwierząt udomowionych także współobywatelstwa. W pewnym kilkupiętrowym budynku znajduje się szereg biur i klinika weterynaryjna. Klinika zlokalizowana jest na parterze, natomiast biura na piętrach, a w budynku znajduje się z reguły garstka ludzi, ale wiele zwierząt w klatkach.
Pewnego dnia w budynku wybucha pożar i straż pożarna staje przed wyborem. Strażacy mogą ratować najpierw kilkoro ludzi, którzy utknęli na piętrach – ale wówczas może nie starczyć już czasu na wyniesienie zwierząt. Mogą też ratować najpierw dziesiątki zwierząt, które można łatwo i szybko wynieść z kliniki – wówczas jednak istnieje szansa, że zginie garstka ludzi na piętrach.
Śmierć kogokolwiek (zwierzęcia czy człowieka) jest tragedią, jednak w świetle rozumowania Kymliki i Donaldson, nawet wobec tak prostego przypadku trudno powiedzieć, jak powinni postąpić strażacy. Utylitaryzm Singera skłoniłby go pewnie do stwierdzenia, że należy najpierw ratować ludzi, a dopiero później zrobić co w naszej mocy, żeby uratować jak najwięcej zwierząt – taką decyzję etyk mógłby uzasadnić przekonaniem, że większe zdolności kognitywne ludzi skłaniają do przydania ich życiu priorytetu.
Kymlicka i Donaldson zrobili jednak wszystko, by zdyskredytować takie rozumowanie. Jeśli sama tylko podmiotowość zwierząt jest wystarczająca do przyznania im nienaruszalnych praw (i obywatelstwa), trudno powiedzieć, czemu strażacy mieliby ratować najpierw jednych obywateli, ryzykując przy tym śmierć większej liczby innych obywateli, których życie jest przecież równie istotne. Strażacy nie ratowaliby np. obywateli mogących głosować przed obywatelami bez prawa do głosowania.
Jeśli autorzy Zoopolis chcieliby być konsekwentni, musieliby odpowiedzieć, że strażacy powinni najpierw wynosić z płonącego budynku dziesiątki psów, kotów, królików i papużek (obywateli, których można łatwo uratować), a dopiero potem ludzi na piętrach, którzy mogliby udusić się w oczekiwaniu na ratunek. Taka odpowiedź byłaby jednak trudna do zaakceptowania dla większości z nas. Państwa są przecież wspólnotami politycznymi stworzonymi przez ludzi. Nie sposób wyobrazić sobie wspólnoty, dla której akceptowalne politycznie byłoby uznanie życia zwierząt za priorytetowe wobec życia niewinnych ludzi.
Jeśli jednak przyjąć, że życie ludzi na piętrach jest istotniejsze niż życie dziesiątek zwierząt na parterze, nie sposób wyjaśnić, na czym dokładnie polegałoby tu współobywatelstwo czy równouprawnienie. Singer tymczasem mógłby odpowiedzieć, że w przypadku akcji ratunkowych wszyscy jesteśmy równie istotni – niezależnie od naszych zdolności kognitywnych – ponieważ większość ludzi obdarzona jest z grubsza zbliżonymi zdolnościami kognitywnymi, a ocenianie różnic w naszych zdolnościach jest skomplikowane.
Zasada „kantyzmu wobec ludzi, utylitaryzmu wobec zwierząt” wydaje się powszechna, ponieważ stosowanie utylitaryzmu wobec ludzi jest równie politycznie niemożliwe, co stosowanie kantyzmu wobec zwierząt. Przypadki takie jak ten opisany powyżej udzielają wskazówek, dlaczego nie tylko ART, ale również jej rozszerzona wersja są skazane na „polityczny margines” – o ile nie udzieli się wpierw satysfakcjonujących odpowiedzi na powyższe dylematy.
Przez pola
Zoopolis stanowi niewątpliwie znaczące osiągnięcie intelektualne, którego szczegółowość i klarowność (mimo wskazanych w wątpliwości) budzi podziw.
Jest to projekt rozległy, dobrze uargumentowany i stanowiący owoc dekad pracy intelektualnej włożonej w niego przez wielu myślicieli – w tym tych, których autorzy Zoopolis otwarcie krytykują. Chociaż poglądy Petera Singera także określam tutaj mianem „projektu”, jego Wyzwolenie zwierząt jest dziełem znacznie skromniejszym i sprawdzającym się raczej jako przyczynek do zmiany indywidualnych decyzji.
Donaldson i Kymlika niewątpliwie mają rację, że wykorzystywane dotychczas strategie ruchów prozwierzęcych nie są skuteczne. Jednocześnie trudno wyobrazić sobie, by nawet za sto czy dwieście lat ich projekt mógł zostać faktycznie wcielony w życie. Chociaż Kymlicka i Donaldson odwołują się do Teorii sprawiedliwości Rawlsa czy walki o prawa osób niepełnosprawnych, proponowany przez nich model społeczeństwa, w którym pies i jego właściciel byliby współobywatelami, wydaje się nazbyt obcy, by mógł stać się rzeczywistością.
Opublikowanemu w 2011 r. Zoopolis można zarzucić też, że mimo stosunkowej świeżości, pochodzi z ery nieco minionej, gdy być może określenie „obywatelstwo” miało nieco większą wagę. Dziś wiemy już, jak niewielki postęp udało się poczynić globalnemu społeczeństwu w kwestii katastrofy klimatycznej, zagrażającej zarówno ludziom jak i zwierzętom. Co więcej, od 2011 r. znacząco wzrosły globalne nierówności. Wydaje się, że pod wieloma względami żyjemy w czasach, w których zmiany społecznego status quo – nawet mniej radykalne niż te proponowane przez Donaldson i Kymlikę – są trudniejsze niż kiedykolwiek.
We wspólnotach politycznych zdominowanych przez interesy elit, społeczna sprawczość jest ograniczona także w kwestiach, które dotyczą bezpośrednio nas wszystkich – istot mających przecież głos i dostęp do środków przekazu.
Zoopolis (ze zrozumiałych przyczyn) nie odnosi się np. do cen żywności, subsydiowania ferm przemysłowych czy do problemu ograniczonej sprawczości obywateli, mimo że zmiana położenia zwierząt nie będzie możliwa bez ewolucji na tych mniej etycznie ciekawych frontach.
Zastanawia więc, czy zasadniczym problemem kwestii zwierzęcej nie jest fakt, że ugrzęzła ona na gruncie rozważań akademickich. Nawet jeśli przedstawiane przez Singera podejście rozpada się w pewnych przypadkach granicznych, absolutna teoretyczna spójność nie jest konieczna do przekonania większości członków globalnego społeczeństwa, że zabijanie zwierząt na pokarm jest niesłuszne – a wciąż do tego nie doszło.
Tymczasem upieranie się przy przyznaniu zwierzętom nienaruszalnych praw i sprzeciw wobec stopniowego humanitaryzowania ich sytuacji, chociaż pozornie sensowny, może przypominać w rezultatach sprzeciw anarchistki i feministki Emmy Goldman wobec przyznania kobietom prawa do głosowania – Goldman opowiadała się raczej za obaleniem samej instytucji państwa, którą uważała za fundamentalnie przemocową.
Możliwe, że rzeczywistym problemem ruchów prozwierzęcych wcale nie jest brak wybrukowanej intelektualnie drogi, która prowadziłaby nas za mury obłudnego Omelas do innego, lepszego miejsca. Mieszkańcy miasta z opowiadania Le Guin wyruszają przecież „w ciemność” i przez „pola” – co nie przeszkadza im czynić pierwszych kroków.


Bibliografia
…do obu tekstów znajduje się tutaj.



