Drogi z Omelas

/

/

Czy zjadłbyś tego szkraba i dlaczego nie?

15 minut

Poniższy tekst jest jednym z dwóch w krótkiej serii zaadaptowanej z mojej pracy dyplomowej, Impas w kwestii zwierzęcej.

Kędy droga

Pochodząca z 1973 r. krótka proza Ursuli K. Le Guin Ci, którzy odchodzą z Omelas opowiada o idealnie szczęśliwym mieście, którego rajska beztroska utrzymana może być tylko dzięki cierpieniu jednego dziecka trzymanego w ciemności.

Wszyscy dorośli mieszkańcy Omelas wiedzą o położeniu tego biedaka, ale gdyby choćby jeden z nich okazał mu życzliwość, idylla miasta (z niewyjaśnionych przyczyn) dobiegłaby końca. Większość Omelasian dostrzega okrucieństwo status quo, ale godzą się z tym stanem, a nawet usprawiedliwiają go na różne sposoby.

[…] Gdyby nawet uwolnić dziecko, niewiele by mu z tego przyszło poza przyjemnym poczuciem ciepła i sytości. Jest zbyt zdegradowane i tępe na to, by móc przeżywać prawdziwą radość. Zbyt długo się bało, by się pozbyć uczucia strachu. Jest zanadto nieokrzesane, by odpowiedzieć na ludzką życzliwość. Brakowałoby mu najprawdopodobniej murów, które je dotąd chroniły, niezbędnych oczom ciemności i własnych odchodów, w których mogłoby siedzieć.

Tekst kończy się wyznaniem, że są też i tacy, którzy nie mogą pogodzić się z losem dziecka – zamiast żyć dalej w błogiej szczęśliwości, „odchodzą z Omelas i idą w ciemność, by już nigdy nie wrócić”. Nawet osoba mówiąca nie jest pewna, dokąd idą; stwierdza jednak, że „ci, co odchodzą z Omelas, wiedzą, dokąd prowadzi ich droga”.

Opowiadanie Le Guin można interpretować na różne sposoby – np. jako kontrę na krytykę myślenia utopijnego czy manifest skierowany przeciwko politycznemu konformizmowi. Nie trzeba dowodzić, że chociaż prawdziwego świata nie charakteryzuje zupełna (ani nawet szczególnie wysoka) szczęśliwość, ona również umożliwiana jest przez różne formy eksploatacji.

Wyraz temu przekonaniu dał obrazowo Isaac Bashevis Singer, którego słynne słowa z The Letter Writer, porównujące życie zwierząt hodowlanych do obozu koncentracyjnego, stały się inspiracją dla książki Charlesa Pattersona, Wieczna Treblinka. Podstawą tej ciekawej, acz niezupełnie dobrej książki jest teza o związku między holokaustem a przemysłem mięsnym.

Autor wykazuje, że hodowla zwierząt stanowiła inspirację (!) i uzasadnienie dla nazistowskich zbrodni. Śledzi on rozwój “technologii zabijania” oraz wzrost jego skali, zestawiając rzeźnie z obozami koncentracyjnymi. Dla Pattersona postacią podkreślającą ich splątanie jest magnat samochodowy, Henry Ford, którego wpływ na XX w. „zaczął się […] w amerykańskiej rzeźni, a skończył w Oświęcimiu”.

Henry Ford, na którym tak duże wrażenie zrobiła wydajna metoda zabijania zwierząt przez chicagowskie zakłady mięsne, w swoisty sposób przyczynił się do zabijania ludzi w Europie. Nie tylko rozwinął metodę linii produkcyjnej, którą Niemcy wykorzystali do zabijania Żydów, lecz zapoczątkował nienawistną antysemicką kampanię, która pomogła zaistnieć holokaustowi.

W przeciwieństwie do Holokaustu, protoplastyczna wobec niego (jeśli wierzyć Pattersonowi) przemysłowa hodowla zwierząt nie tylko wciąż trwa, ale jej skala co roku wzrasta. Opisy kondycji zwierząt na przemysłowych fermach mrożą krew w żyłach nie tylko ludziom przejętym dobrostanem zwierząt, ale w zasadzie każdemu, kto się z nimi zapoznaje.

Z tej przyczyny warunki na fermach są skrzętnie ukrywane przez producentów i stosunkowo rzadko bywają obiektem medialnego zainteresowania. Współcześnie populacja samych tylko krów przekracza ludzką populację obu Ameryk, natomiast liczba kurcząt zabijanych każdego roku jest niemal dziesięciokrotnie większa niż cała ludzka populacja. (Odwrotny trend zauważamy wśród zwierząt dzikich, których populacja nieustannie się zmniejsza). Jeżeli przyjąć, że żyjemy w Omelas, za “nieokrzesane dziecko” naszego świata z pewnością można uznać zwierzęta, zdaniem wielu, najwidoczniej „zbyt […] tępe na to, by móc przeżywać prawdziwą radość”.

Na szczęście, podobnie jak w Omelas, także wśród nas zdarzają się tacy, którzy ochodzą (jeśli tylko myślami) w poszukiwaniu sprawiedliwszego miejsca. Niektórzy posunęliby się wręcz do stwierdzenia, że mimo rosnącego spożycia mięsa, nasze poglądy na dobrobyt zwierząt wyewoluowały znacząco w porównaniu do tych sprzed kilku dekad.

Tak, bez wątpienia od czasów pierwszych refleksji o zobowiązaniach ludzi względem zwierząt poczyniliśmy znaczące postępy.Wskazać można w tej dziedzinie choćby rosnący zestaw praw otaczających ochroną naszych czworonożnych towarzyszy.Nie brakuje jednak głosów, że takie drobne korekty, mające na celu poprawę warunków życia zwierząt, tylko legitymizują przemysłową hodowlę i utrudniają bardziej fundamentalne zmiany.

Brakuje też zgody w wielu kwestiach. Część badaczy sądzi, że wartość życia zwierząt powinna podlegać ocenie w zależności od konkretnej sytuacji. Tymczasem inni są zdania, że zwierzęta muszą posiadać prawa niepodlegające dyskusji – i tu nie ma jednak zgody, czy powinny być to wyłącznie prawa negatywne (np. do niebycia zabijanymi), czy również pozytywne (np. do bycia otaczanymi opieką). Jeśli życie zwierząt jest dla nas tak ważne, że jesteśmy skłonni zrezygnować z jedzenia mięsa, może powinniśmy w związku z tym sprzedać swój majątek, udać się do lasu i do końca życia rozwieszać tam karmniki?

Istnieją też stanowiska bardziej radykalne. Tzw. abolicjoniści sądzą na przykład, że należy wstrzymać wszystkie relacje między ludźmi i zwierzętami – nawet tymi domowymi! – poprzez zakazanie każdego rodzaju hodowli. Ich zdaniem udomowienie jako relacja jest z natury eksploatująca. (Zwracają oni uwagę choćby na zjawisko neotenii, nieuchronne przy udomowieniu, a wiążące się ze zmniejszeniem zwierzęcych mózgów).

Chociaż więc istnieje ruch ludzi chętnych do wyprowadzenia nas poza mury „pięknego miasta”, nie mają wspólnego kierunku czy jednoznacznego stanowiska. Nic dziwnego, że nie zdobyli dotychczas szerokich rzesz zwolenników, jeśli nie są nawet zgodni w kwestii tego, gdzie idą.

Kiedyś to (nie) było

Jedną z najbardziej wpływowych prac napisanych w tej tak zwanej “kwestii zwierzęcej” jest z pewnością Wyzwolenie zwierząt (1975) etyka Petera Singera. Książki tej najpewniej nie trzeba przedstawiać nikomu już teraz zainteresowanego obroną praw zwierząt – pozycja ta uznawana jest za kamień milowy, a być może i właściwy początek ruchu wegan.

Zasadniczym celem książki jest sformułowanie i przedstawienie argumentów za wstrzymaniem się od jedzenia mięsa, korzystania z produktów odzwierzęcych, a także wstrzymaniu eksperymentów na zwierzętach. Singer, zawodowy etyk i filozof, zwraca się w niej nie tylko do podobnych mu ekspertów, ale zasadniczo każdego, kto jest skłonny go wysłuchać. Napisana jest w prostym, przestępnym stylu, który pomógł jej stać się pozycją szalenie popularną.

Niebagatelna część Wyzwolenia zwierząt – bo cały rozdział 5. – poświęcona jest historii postaw wobec zwierząt. Snuta przez Singera opowieść odgrywa w jego pracy nie tylko rolę przydatnego kontekstu, ale ilustruje proces stopniowego rozwoju moralnego, dla którego tytułowe „wyzwolenie” byłoby zwieńczeniem. Zabieg ten przedstawia obrońców zwierząt jako stojących po słusznej stronie historii, a ich oponentów jako apologetów niesprawiedliwości podobnych zwolennikom niewolnictwa.

Dla Singera opowieść ta odgrywa jeszcze jedną ważną rolę – pokazuje podobieństwo argumentów, jakimi broniono eksploatacji ludzi, do argumentów, jakimi wciąż broni się eksploatacji zwierząt. Jak zauważa, w świecie zachodnim tekstem legitymizującym tę eksploatację przez setki czy tysiące lat była Księga Rodzaju.

Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystko, co porusza się na ziemi, i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone […].

Z fragmentu tego czerpali filozofowie chrześcijańscy, odnajdujący poparcie dla swoich przeświadczeń o niższości zwierząt także w Nowym Testamencie. Augustyn z Hippony uznaje opis wpędzania diabła w stado wieprzy za dowód tego, jak wielkim zabobonem jest wzdryganie się przed zabijaniem zwierząt i niszczeniem roślin. Z kolei Tomasz z Akwinu (nieróżniący się w tym względzie od Arystotelesa) o zwierzętach mówił, że nikt „nie grzeszy posługiwaniem się rzeczą do tego, do czego ona służy”. Singer zwraca uwagę, że Filozof w podobny sposób – bo w odwołaniu do naturalnego porządku – usprawiedliwiał właśnie niewolnictwo.

Jeżeli nawet natrafimy w czasach przednowożytnych na postawy zachęcające do troski o zwierzęta, zazwyczaj są one umotywowane bardzo szczególnymi przekonaniami. Pitagoras zalecał uczniom szacunek do zwierząt ponieważ sądził, że reinkarnują się w nie ludzie – z tych samych przyczyn zakazywał jedzenia bobu, o którym (najpewniej) sądził, że gości ludzkie dusze.

Z kolei franciszkańskie rozumowanie, zgodnie z którym zwierzęta powinny być miłowane, ponieważ stanowią część boskiego dzieła, nie wyposaża nas, zdaniem Singera, w żadne mechanizmy pozwalające uznać zwierzęta za wartościowsze np. od wodospadów czy drzew. Singer dopiero w dziełach Plutarcha identyfikuje współczucie względem zwierząt umotywowane tym, co nazywa “zasadą powszechnej życzliwości”.

Filozofia nowożytna również obfitowała w stanowiska odmawiające zwierzętom prawa do życia. Kartezjusz sądził (podobno), że ponieważ są one pozbawione rozumu, nie mogą odczuwać bólu, a ich reakcje na bycie krzywdzonymi stanowią wyłącznie mechaniczny bodziec. Jak spostrzega Singer, nawet w etyce kantowskiej – do której odwołują się niektórzy omawiani tu obrońcy zwierząt – czworonogi nie znajdują szczególnej sympatii. Kant sądził, że ponieważ są nierozumne, mogą być wyłącznie środkiem do celu; celem natomiast jest niezmiennie człowiek.

Z białym koniem u boku

Znaczącą zmianę podejścia do zwierząt Singer dostrzega w Oświeceniu, którego niejednokrotnie antyklerykalne nastawienie zaowocowało wykształceniem się nowych podejść i stanowisk. Szczególną uwagę zwraca odpowiedź udzieloną Kantowi przez angielskiego filozofia, Jeremiego Benthama – „należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować i czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć”.

Słowa te określone zostały przez badaczkę Hildę Kean „t-shirtowym epitetem” ruchu zwierzęcego. Rzeczywiście, trudno nie dostrzec w nich paradygmatycznej zmiany myślenia. Utylitaryzm Benthama (Singer określa Anglika twórcą tego podejścia) można uznać za pierwszą teorię etyczną podchodzącą poważnie do zwierząt, ponieważ stosuje ona te same kryteria względem wszystkich istot – niezależnie od gatunku.

Natura poddała rodzaj ludzki rządom dwu zwierzchnich władców: przykrości i przyjemności. Im tylko dane jest wskazywać, cośmy powinni czynić […]. Zasada użyteczności uznaje tę podległość i czyni z niej podstawę systemu, którego celem jest wznieść gmach szczęścia rękami rozumu i prawa.

W “zasadzie użyteczności” Bentham dostrzegał najistotniejsze kryterium etyczne i systematycznie walczył z alternatywami (np. zdrowym rozsądkiem, naturalnym porządkiem czy intuicją), które uważał w najlepszym razie za puste frazesy niewyrażające żadnej treści poza poglądami ich zwolennika, a w najgorszym – uzasadnienie dla despotyzmu.

Tymczasem broniona przez niego zasada użyteczności miała opierać się na empirycznych obserwacjach. Takie rozumowanie uczyniło Benthama nie tylko reprezentantem awangardy etyki praw zwierząt (i przyczyniło się do zmian w legislacji), ale także jednego z pierwszych angielskich zwolenników dekryminalizacji homoseksualności. Zdecydowanie wyprzedzał w tym względzie swoje czasy – przeświadczenie o takiej konieczności stało się powszechne w Wielkiej Brytanii dopiero kilka dekad po II wojnie światowej. Jeśli można mówić w etyce o znamionach naukowości (empirycznej weryfikowalności teoretycznego wniosku) trudno o lepszy przykład.

W swojej interpretacji utylitaryzmu, Peter Singer za centralną uznał postawę trafnie wyrażoną jego zdaniem w słowach Henriego Sidgwicka – „Z punktu widzenia wszechświata […] dobro każdej jednostki jest tyle samo warte”. Zdaniem Singera:

[Jej] konsekwencją […] jest przyznanie, że nasza gotowość szanowania interesów innych nie zależy od tego, jacy są i jakie mają zdolności. […] Troska o dobro amerykańskich dzieci będzie wymagać uczenia ich czytania; troska o dobro świń – tylko tego, by pozwolić im przebywać w […] miejscu, gdzie jest dość pożywienia i swobody ruchu.

Kryterium zobowiązującym nas do uwzględnienia interesów danej istoty nie jest tu rozumność, jak u Kanta czy Arystotelesa. Jak zauważył przytaczany w Wyzwoleniu zwierząt Thomas Jefferson – „Isaac Newton rozumem górował nad innymi, lecz nie czyniło go to panem ich własności, a tym bardziej ich samych”. Singer winszuje temu wnioskowi:

„[Jeśli zaś] wyższy stopień inteligencji nie upoważnia żadnego człowieka do wykorzystywania innych dla własnych celów, jak może upoważniać ludzi do wykorzystywania zwierząt?”

Zarówno według Singera jak i Benthama, jedynym istotnym kryterium etycznym jest zdolność cierpienia. Nie posiadają jej wodospady, ale posiadają ją świnie, myszy czy ryby. Na sedno omawianego w tej pracy zagadnienia natrafiamy w przytaczanych przez Singera słowach Benthama:

Oby nadszedł dzień, gdy reszta żywych stworzeń otrzyma prawa, których mogła pozbawić ich tylko ręka tyranii. Francuzi już doszli do tego, że nic nie usprawiedliwia pozostawienia bez ratunku ludzkiej istoty tylko dlatego, że ma czarną skórę […].

Mimo ewidentnej błyskotliwości tych słów, Singer widzi w nich także drobną nieścisłość. Jego zdaniem leży ona w określeniu „prawa”, użytym przez Benthama nieco kolokwialnie:

Chociaż w cytowanym fragmencie […] mówi o „prawach”, jego argument w gruncie rzeczy dotyczy równości, nie praw. […] Prawa to tylko skrótowy sposób mówienia o ochronie, należnej każdemu człowiekowi i zwierzęciu.

By podkreślić, że nie o prawa w sensie etycznym tutaj idzie, Singer przytacza nawet znane słowa Benthama, według którego prawa nienaruszalne to…

“Nonsens na szczudłach”.

Na stronach Wyzwolenia zwierząt Singer nie poświęca temu “nonsensowi” wiele miejsca. Dla nas jednak ma on ogromne znaczenie – istnieją bowiem szczególne przypadki, gdy pytanie o to, czy zwierzętom powinny przysługiwać nienaruszalne prawa, jest kluczowe. Jednym z takich przypadków jest kwestia eksperymentów na zwierzętach.

W rozdziale 2. Wyzwolenia zwierząt Singer przedstawia przytłaczającą większość takich badań jako zbędne i okrutne. („Na dziesiątki milionów wykonanych eksperymentów zapewne tylko kilka wnosi istotny wkład w medyczne badania naukowe”). Jest tak zasadniczo z trzech powodów.

  1. Płynące z nich wnioski są oczywiste – np. celem wielu z nich jest pokazanie, że zjawiska występujące u ludzi (takie jak udar cieplny), zachodzą też u zwierząt.
  2. Płynące z nich wnioski są mało istotne – np. eksperymenty psychologów behawioralnych praktycznie nigdy nie mają zastosowania.
  3. Płynące z nich wnioski bywają mylne – np. aspiryna jest niebezpieczna dla wielu zwierząt, podczas gdy groźny dla ludzi talidomid został dopuszczony do użycia z powodu testów na zwierzętach.

Singer zauważa, że gdyby podobne testy, zamiast na zwierzętach, przeprowadzano „na ludziach z poważnie uszkodzonym mózgiem, powiedziałyby nam dużo więcej o ludzkich reakcjach na badane czynniki”. Posługujemy się jednak zwierzętami, ponieważ to właśnie gatunek – całkiem arbitralnie – jest dla nas jedynym wyznacznikiem tego, czy zadawanie danej istocie bólu jest akceptowalne.

Co ważne, postawa Singera względem owej mniejszości eksperymentów, które mogą przynieść ludziom pożytek, nie jest i nigdy nie była zupełnie jednoznaczna, a przypuszczalnie z biegiem lat etyk stał się przychylniejszy względem nich. W filmie dokumentalnym Monkeys, Rats and Me: Animal Testing, eksperymenty pomagające 40,000 ludzi chorych na Parkinsona, ale wiążące się ze śmiercią 100 małp, uznał za “być może dające się uzasadnić”.

Utylitaryzm – mimo pewnego oporu – nieuchronnie prowadzi Singera do tego samego wniosku, do którego wiele dekad wcześniej doszedł także Bentham. Anglik nie wyrażał sprzeciwu wobec eksperymentów na zwierzętach, o ile mają one na celu przyniesienie ludzkości pożytku i cel ten wydaje się osiągalny. Jak widać, “branie pod uwagę” interesów danej istoty nie zawsze wiąże się z przydaniem jej życia priorytetu. Niektórzy z was mogą jednak dostrzegać w tym wszystkim pewien szkopuł.

Jak ustaliliśmy, dla Singera podstawowym kryterium oceny tego, czy interesy danej istoty powinny być brane pod uwagę, jest zdolność do odczuwania bólu. Samo w sobie kryterium to jest jednak zero-jedynkowe. Skąd więc nagle uznawanie dobrobytu ludzi jako gatunku za istotniejszy od dobrobytu zwierząt?

Ludzie odczuwają ból tak samo jak psy, a psy tak samo jak myszy – co do tego Singer nie ma wątpliwości. Dla upewnienia nas w tej intuicji, przytacza nawet opinię badacza Richarda Serjeanta, zdaniem którego „wszystkie dane empiryczne potwierdzają […], że wyższe kręgowce […] odbierają bodźce bólowe przynajmniej tak samo silnie, jak my”. Singer upiera się jednak, że postawieni w tych samych okolicznościach, ludzie cierpią bardziej niż zwierzęta. Czemu?

Ze względu na ich “zdolności umysłowe” – jest to wygodny skrót myślowy, który etyk zaczyna wykorzystywać na jakimś etapie książki z powodu oczywistych różnic między człowiekiem a zwierzęciem (m.in. w zdolnościach przewidywania przyszłości czy precyzyjniejszej pamięci). Zdaniem Singera, nie ma nic arbitralnego w rozpoznaniu, że życie istot o prostszych umysłowościach jest mniej wartościowe, niż życie istot takich jak ludzie – zdolnych do abstrakcyjnego myślenia czy złożonej komunikacji.

Zabicie kogoś o zdolnościach umysłowych zbyt małych, by mógł myśleć o sobie jako o kimś obdarzonym przyszłością, a tym bardziej snuć plany, nie wiąże się z tego rodzaju utratą.

Opinii ta jest ogromnej wagi, ponieważ podstawową strategią argumentacyjną Singera w kwestii tego, czemu powinniśmy troszczyć się o zwierzęta, jest tzw. argument przypadków marginalnych – zgodnie z tym tokiem rozumowania, ludzie nie posiadają żadnej esencjalnej cechy, która przysługuje nam wszystkim bez wyjątku.

Nietrudno dostrzec, że istnieją osoby posiadające zdolności kognitywne nie większe niż pewne zwierzęta (np. osoby z głębokimi niepełnosprawnościami umysłowymi, a także osoby bardzo stare czy młode). Ludziom przyznajemy jednak szczególny status tylko ze względu na przynależność do gatunku Homo sapiens.

Pokrywanie się przedstawicieli gatunków w zdolnościach umysłowych Singer wykorzystuje, by zachęcić odbiorców do większej empatii wobec zwierząt – nie mniejszej empatii wobec ludzi. Etyk sugeruje, że właśnie ze względu na tych członków naszych wspólnot powinniśmy traktować z poszanowaniem zwierzęta, niekiedy charakteryzujące się przecież podobnymi zdolnościami.

Dla Singera gatunek danej istoty jest kryterium równie arbitralnym co rasa czy pochodzenie etniczne. Można wyobrazić sobie jednak podejście przyznające życiu i cierpieniu wszystkich istot taką samą wagę – chociaż nietrudno dostrzec, że wiązałoby się ono z wnioskami trudnymi do przyjęcia.

Zgubne ścieżki

Dotąd traktowałem utylitaryzm jako Alfę i Omegę intelektualnego zaplecza ruchu prozwierzęcego, choć zasadniczo nimi nie jest – utylitaryzm to tradycja, której krytyka jest niemal równie rozwinięta co ona sama.

Atakowano ją (i wciąż atakuje się) na wielu gruntach – jako teorię ignorującą sprawiedliwość, niezapewniającą nam jasnych wskazówek, pozwalającą usprawiedliwić dowolnie postępowanie, wymagającą zdolności jasnowidzenia, okazjonalnej niegodziwości, niemożliwych kalkulacji czy odrzucenia naszego człowieczeństwa w ich imieniu.

Ruch prozwierzęcy wiele zawdzięcza Singerowi, ale podejście Australijczyka krytykowane jest nie tylko przez tradycjonalistów-mięsożerców, lecz także wielu obrońców praw zwierząt, niedostrzegających w postawie etyka dostatecznej ochrony zwierzęcego życia.

Na samym początku zająknąłem się krótko o stanowisku domagającym się przyznania zwierzętom nienaruszalnych praw. Jest ono mniej znane niż utylitaryzm i nie ma równie chwytliwej nazwy. Choć jego proponenci – Sue Donaldson i Will Kymlicka – przedstawiają się jako konsekwentniejsi i bardziej racjonalni niż Singer, wnioski płynące z ich filozofii szokują.

Zdaniem Donaldson i Kymliki, nieuniknionym rezultatem wątpliwych fundamentów etycznych, na których Singer zbudował swój projekt, jest jego chybotliwe podejście do eksperymentowania na zwierzętach. Jak zauważają w swoim Zoopolis (zasadniczym temacie oraz osi następnego tekstu) nie sposób trafić na utylitarystę rzeczywiście opowiadającego się za przeprowadzaniem podobnych badań na ludziach – niezależnie od potencjalnych korzyści.

Bibliografię

…do obu tekstów znajdziesz tutaj.