Kolaż z użyciem m.in. materiałów promocyjnych filmu Backrooms w ramach recenzji.
Tylne wejście
Zapewne nigdy nie dowiemy się, kim był geniusz, który 12 maja 2019 roku opublikował na 4chanie pierwotny wpis o tzw. Backroomsach (ang. Zaplecza). Długo niezidentyfikowane zdjęcie pustego pomieszczenia o ścianach wyłożonych żółtą tapetą – w którym rozpoznano później remontowany sklep meblowy HobbyTown ze stanu Wisconsin – opatrzył on sławnym już, krótkim akapitem:
Jeśli nie będziesz uważać i wynoclipujesz się z rzeczywistości w niewłaściwych miejscach, wylądujesz na Zapleczach, gdzie nie ma nic prócz smrodu starej, wilgotnej wykładziny, szaleństwa monożółci, nieustannego szumu jarzeniówek buczących na maksa i jakichś sześciuset milionów mil kwadratowych przypadkowo posegmentowanych pustych pokoi, w których zostaniesz uwięziony. Niech cię Bóg ma w opiece, jeśli usłyszysz, że coś krąży w pobliżu, bo to coś z całą pewnością usłyszało ciebie.
Wpis szybko stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych creepypast – historyjek grozy udostępnianych na forach internetowych metodą kopiuj-wklej. Jego podatna na interpretacje mglistość zainspirowała setki satelitowych wytworów, rozbudowujących kanon tajemniczych „zapleczy” o następne piętra, kryptydy, opowieści i nagrania, a także zsynergizowała się skutecznie z szerszym trendem tzw. przestrzeni liminalnych: takich, które budzą w nas nostalgię i/lub niepokój. (Słowo liminalne określa teoretycznie coś nieco innego, bo przejściowość czy tranzytywność; znajdowanie się pomiędzy czymś a czymś. Jego słownikowe znaczenie niekoniecznie pasuje do tego, które przypisuje się mu w Internecie).

Autorem jednej z takich popularnych interpretacji był nastolatek Kane Parsons, na YouTubie znany też jako Kane Pixels, którego nagrania z Zapleczy stały się wiralem – to z kolei zainteresowało A24 na tyle, by powierzyć małoletniemu twórcy budżet 10 milionów dolarów na odtworzenie tajemnicy Backroomsów w pełnym metrażu. Powstałe w ten sposób Backrooms (2026) jest najbardziej kasowym filmem w historii wytwórni i tak się składa, że zaledwie kilka dni temu miało premierę w Polsce.
Plan przestrzenny
Film Parsonsa zaczyna się od powrotu do korzeni twórcy, czyli nagrania typu found footage, które uspokaja widzów budzonym przez siebie niepokojem: „Nie martwcie się, to jest horror. Tak, jesteście w dobrej sali”. Wiadomość jest ważna, bo fabuła potrzebuje trochę czasu, żeby się rozkręcić. Dwojgiem głównych bohaterów filmu są architekt-alkoholik po rozwodzie – a obecnie pracownik sklepu meblowego – oraz jego psychoterapeutka z trudną rodzinną przeszłością. Wybór postaci jest wprost doskonały, bo nie tylko skutecznie wprawiają akcję w ruch, ale też ilustrują dobrze symboliczną oś filmu, rozciągniętą między przestrzenią (architektura) a psychiką (wiadomix).
Wykształcenie architektoniczne Clarka połączone z intensywną zawodową frustracją osoby, która nie planowała być sprzedawcą mebli, stanowi dla niego motor do eksploracji tajemniczego miejsca znalezionego w piwnicy swojego Cap’n’Clark’s Ottoman Empire. Tymczasem jego psychoterapeutka, Mary, ma dobry powód, by podążyć tam za Clarkiem – zbadać i przedstawić nam jego psychikę, jak sam Clark bada i przedstawia nam Backroomsy. Ta architektoniczno-psychologiczna kompozycja nie tylko wiąże bohaterów z odkrytą przez siebie przestrzenią (odzwierciedlającą ich problemy, kompleksy i lęki), ale wzmaga nasze zainteresowanie postaciami z ekranu; w horrorach niestety często drugorzędnymi względem „klątwy”, „istoty” czy (jak w tym przypadku) „miejsca”. Bohaterowie angażują nas w swoją historię, bo intryguje nas miejsce, do którego są analogami – i na odwrót.
Warto wspomnieć, że ta symbolika porządkuje rozumowo coś, co nie może (i nie powinno!) być w pełni uporządkowane. Wyjaśnienie tajemnicy danego miejsca zabija ją, jednakże przesunięcie się tylko po powierzchni enigmy zostawia w odbiorcach niedosyt. Problem tego „rozplątania tęczy” to cienka lina, na której balansować muszą wszyscy twórcy mediów grozy. Całe szczęście, Parsonsowi udaje się z niej nie spaść – logicyzacja jest tu wyłącznie częściowa. Zaplecze odwzorowuje umysły bohaterów oraz ich przeszłość, nie będąc przy tym na żadnym etapie zupełnie spłaszczone czy wyjaśnione. Zagadka pozostaje zagadką, bo pogłębia się z każdym udzielonym widzom rozwiązaniem.
Występy Chiwetela Ejiofora (Clark) i Renate Reinsve (Mary) nie są może perfekcyjne – Mary bywała momentami szczególnie nieprzekonująca – ale szczęśliwie nie wytrącają nas z transu, budowanego skutecznie przez doskonałe udźwiękowienie i ścieżkę muzyczną, która wie, kiedy ucichnąć. Wizualnie film ma bardzo dużo do zaoferowania; od umiejętnie kreowanej nostalgii za latami 90., do dobrze dawkowanego found footage – nie miałem nigdy poczucia, że zabiegów tych użyto, by na czymś zaoszczędzić czy odciągnąć naszą uwagę od jakichś braków.
Głosom, że Backrooms nie przeraża, nie wiem, co mam odpowiedzieć. Moim zdaniem film skutecznie budował atmosferę strachu i mimo że nie przypominam sobie ani jednego chamskiego jumpscare’u – jakich nie brakło nawet w Obsesji – momentami oglądało się go naprawdę trudno. Scena obiadu była szczególnie apetyczna i zarazem trudna do strawienia w najlepszym możliwym sensie; uświadamia, że tło mentalne nie jest w filmie Parsonsa wyłącznie miałką przyprawą.
Zachwyca także nawracający monolog z początku filmu o „pętlach”, jakie wszyscy mamy (szczególnie w kontekście dłoni małej Mary odciśniętej w cemencie). Mniej ciekawe wydaje mi się, co bez ogródek zrobiono z nostalgicznym dla bohaterki odciskiem w intensywnym finale.
Nie bez wyjścia
Dalej spojlery / Moim największym problemem z filmem Parsonsa jest (podobnie jak w obrazie Curry’ego Bakera, o którym pisałem tutaj) brak skutecznej gradacji. Clark popada w szaleństwo zupełnie nagle i nie jestem przekonany, że Backrooms skutecznie komunikuje nam dlaczego. Ziarna rozpadu psychiki bohatera zostają zasiane wcześnie, ale plony wystrzeliwują z nich praktycznie natychmiast, gdy tylko potrzebuje tego fabuła. Czyni to naszego architekta-pijaczynę równie nieprzekonującym co Baron „Bear” Bailey, przez całą Obsesję bardzo dosadnie przymykający oczy na opętanie Nikki.
Drugą sporą wadą filmu Parsonsa jest jego zakończenie. Nie mówię tu nawet o całkiem pomysłowym ostatnim kadrze (ani o przesunięciu gatunkowym na film o opieszale uciekającej kobitce), ale ramie narracyjnej z naukowcami Async Research Institute, która niepotrzebnie ustawia Backrooms pod sequele i spinoffy. W moim odczuciu konstrukcja ta nieświadomie sprawia, że misterna zagadka Zapleczy jest mniej przerażająca. Finał ma charakter otwarty, odbywa się w jasno oświetlonej, bezpiecznej – i przede wszystkim racjonalnej – przestrzeni. Nie jestem przekonany, czy to aby na pewno skuteczny pomysł na zwieńczenie filmu o klaustrofobicznym szaleństwie.
Z tych dwóch przyczyn ostatecznie Backrooms uważam za film udany, ale niekoniecznie świetny. Podobnie jednak jak w przypadku Obsesji, czynnik ten nie ujmuje nic z mojego uznania dla tego obrazu jako (bardzo) wczesnego, reżyserskiego debiutu. / Ocena na Filmwebie: 6 na 10.




