Tyle stylu po nic

/

Tyle stylu po nic

Recenzja „Requiem dla snu” Darrena Aronofskiego

/

Recenzja „Requiem dla snu” Darrena Aronofskiego



Requiem dla snu (2000) obchodziło niedawno swoją 25. rocznicę, z której to okazji odrestaurowaną w 4K wersję filmu mogliśmy –⁠ i wciąż możemy –⁠ zobaczyć na srebrnym ekranie Kina Muranów.

Długo odkładałem zapoznanie się z tym kultowym dziełem m.in. dlatego, że Wieloryba Aronofskiego –⁠ na pewno widzieliście memy –⁠ uważam za najgorszy chłam ostatnich lat. Ponieważ jednak Aronofski jest również autorem Czarnego Łabędzia oraz Mother!, a oba te filmy odebrałem jakiś czas temu całkiem ciepło, postanowiłem przynajmniej dać szansę pracy z zaplecza tego (uznanego przecież) reżysera.

Requiem przedstawia losy czworga bohaterów, z których każde popada w określone uzależnienie. Harry Goldfarb (Jared Leto), jego dziewczyna, Marion (Jennifer Connelly), i kolega Tyrone (Marlon Wayans) uzależniają się od heroiny. Czwartą uczestniczką festiwalu autodestrukcji, co ciekawe, jest mama Harry’ego, Sarah (Ellen Burstyn), której życie rozpada się z powodu obsesji na punkcie telewizji oraz tablek odchudzających.

Fabułę scenarzyści (Hubert Selby Jr. oraz reżyser) oparli na mechanizmie entropii. Świat każdej z czterech postaci zastajemy we względnym porządku, ale od pierwszego kadru wiemy dobrze, co ich czeka –⁠ gdy puszczone zostaje w ruch wahadło akcji, chaos to jedyny sensowny kierunek. Rzeczywistość bohaterów wali się z każdą następną sceną w sposób tak przewidywalny, że aż zaskakujący.

Intensywne uczucie pomiędzy Harrym i Marion szybko poddane zostaje próbie narkotycznej posuchy, Tyron popada w kłopoty z prawem, a samotna, owdowiała Sarah zapędza się przypadkowo w smutne delirium. Nic tu nie zadziwia. Można wręcz odnieść wrażenie, że obserwujemy nie tyle postacie, ile różnobarwne kulki staczające się z równi pochyłej pod wpływem jednej i tej samej siły (może jednak wyłączając emerytowaną mamę Harrego, która przez tęsknotę za mężem jest nieznacznie bardziej interesująca niż reszta).

Film ratuje to, że wprost ocieka stylem. Lata 90. i dwutysięczne odżywają na ekranie w najlepszym wydaniu, ciężkie od rytmicznego manieryzmu, superszybkich ujęć, energicznych montaży i split-screenów, obecnych, gdzie tylko udało się je wcisnąć na etapie edycji. Nawet udźwiękowienie jest tu precyzyjne i perkusyjnie satysfakcjonujące, a wszystkie role zagrane są też z najwyższą dbałością. (Szczególnie oszałamia neurotyczny występ Ellen Burstyn, a i Jared Leto okazuje się szokująco kompetentny, jak na mierne aktorstwo, z którym jest obecnie utożsamiany.)

Koniec końców rozumiem dobrze, dlaczego, mimo fabularnej płytkości i wymowy jaskrawej kampanii społecznej Requiem osiągnęło kultowy status. Na obraz ten warto przynajmniej rzucić okiem, bo nawet jeśli niespecjalnie skłania do myślenia, dzięki zabiegom formalnym zapada w pamięć i pobudza wyobraźnię. Gdyby nie one, po seansie zostawałoby w głowie tylko, że Harry powinien przestać walić w żyłę, a Sarah pokochałaby Ozempic.

/ Ocena: