Balkony
Historia, którą chciałbym tu opowiedzieć, jest długa, skomplikowana i pełna wymówek, a poznanie intencji, jakie kierowały mną w opisanych tu okresach życia, wymagało niejednokrotnie cyfrowej archeologii.
Jej początkowi trudno przypisać konkretną datę. Skoro jednak gdzieś należy zacząć, umownie będzie nią tu 28 kwietnia 2018 roku. Miałem szesnaście lat, chodziłem do pierwszej klasy liceum, a sobie-z-teraz wydałbym się pewnie obcą osobą. Dlaczego akurat ten dzień? Czy zdarzyło się wówczas coś nadzwyczajnego? Niezupełnie. Wtedy jednak umieściłem na moim dysku internetowym plik o roboczej nazwie Rozdział 1.
Tekst ten mogłem napisać kilka tygodni wcześniej, a co do pomysłu na niego – jestem przekonany, że dojrzewał w mojej głowie już od miesięcy. Czego właściwie miał być to „rozdział”? Prozy dłuższej niż opowiadanie, ale krótszej niż powieść – czegoś, co Amerykanie określają wygodnym słowem novella (na gruncie polskim oznacza ono coś nieco innego).
Rozdział 1. nie olśniewa może prozatorską maestrią, ale jeśli nie liczyć fantastyki z okresu podstawówki, jest jedną z pierwszych rzeczy, jakie napisałem na poważnie. Mimo zobowiązującej nazwy, to zaledwie kilka zdań – na lepsze czy gorsze, zamieszczam je tu w całości (wyjąwszy tylko imię postaci).
Rozdział 1.
kwiecień 2018 (całość)
Jaśniejący karminowym blaskiem pokój nowoczesnego, warszawskiego mieszkania, trząsł się niemal w posadach od głośnej, rytmicznej muzyki. Dla przeciskającego się przez tłum
▇▇▇▇▇, wszystko to wydawało się być jakiegoś rodzaju hipnotycznym snem – ludzie których mijał, słowa które słyszał, duszne powietrze w jego płucach, a nawet ta muzyka, przenikająca go aż do koniuszków palców i wdzierająca się w najgłębsze zakamarki jego umysłu.Brnąc z czarnym, wełnianym płaszczem przez las ciał i girlandy włosów, trącił przypadkiem czyjś kubek, a przezroczysta, lepka zawartość chlusnęła na niego niespodziewanie, zostawiając na swetrze konstelację ciemnych, wilgotnych plam. Nie przejął się tym zbytnio – dostając się wreszcie do drzwi balkonowych, chwycił ich białą, plastikową klamkę i przekręcił, wpuszczając do środka pomieszczenia chłodne wieczorne powietrze. Gdy zatrzasnął je za sobą, momentalnie otaczający go hałas znikł, a on, znalazł się sam na pustce nocy.
Tylko tyle i aż tyle. Uwagę zwracają: nadmierna opisowość, obszerne zdania wypełnione zbędnymi imiesłowami oraz ambicja połączona z brakiem wprawy. Widać natychmiast – choćby po powtórzeniach – że nie byłem doświadczony w obranej stylistyce.
Nic dziwnego, bo w pierwszej klasie liceum nie przeczytałem jeszcze zbyt wiele. Z lepszych książek miałem za sobą Proces Kafki, Fausta Goethego i Portret artysty w wieku młodzieńczym Joyce’a. Wcześnie zachwycili mnie Dublińczycy, przymierzałem się więc nawet do Ulissesa, przez którego jednak nigdy nie przebrnąłem.
Zgaduję też – zwłaszcza po nagromadzeniu wymyślnych przymiotników („karminowym”?) – że przynajmniej przekartkowałem już wtedy Sklepy cynamonowe. Niedługo później zabrałem się za lekturę Prousta, a na początku drugiego roku liceum, gdy zgodzono się przenieść mnie z klasy o profilu mat-chem-fiz do klasy społecznej, kupiłem szkolnej bibliotece kilka książek Virginii Woolf11Bibliotekarz też był w szoku. – i z nią musiałem być jako tako zapoznany. Można powiedzieć, że „łapałem”, o co „biega” w tym całym „modernizmie”. Krótkie czasy akcji, emfaza codziennego życia, zabawy stylem. Prosta sprawa.
Rozdział 1. ma jednak różne inspiracje, nie wszystkie z listy Norweskiego Klubu Książki. Pod wpływem przeżywanych wtedy rozterek sercowych sięgnąłem raz (choć sceptycznie) po literaturę młodzieżową, reprezentowaną przez Will Grayson, Will Grayson J. Greena i D. Levithana. Powieść ta dotyczy dwóch nastolatków, których imiona oraz nazwiska są identyczne, choć ich osobowości i życia różnią się znacząco. Losy Graysonów, według blurba, splatają się niespodziewanie, choć na mnie samym – świeżo po W jednej osobie Johna Irvinga – wrażenia nie zrobili ani Graysonowie, ani nie zrobiły go ich losy.
Nie podobały mi się: płytkie postacie, rozwleczony czas akcji, głupawa fabuła i przedszkolny styl. Sądziłem (wciąż sądzę), że młodzi ludzie zasługują na coś więcej; że należą im się książki głębokie i emocjonalnie rozległe jak oni sami. Zbyt często – mówiłem sobie – uczucia oraz problemy, z jakimi się zmagają, sprowadzane są do „burzy hormonów”, złych autorytetów czy braku życiowego doświadczenia. O Will Grayson, Will Grayson wspomniałem następująco we wpisie na Tumblrze z wiosny 2023 r.:
…uznałem ją wtedy (nieco niesprawiedliwie) za najgorszą książkę świata. Mój zawód był tym większy, że jej premise wydawał się nawet obiecujący. Uznałem buńczucznie, że napisałbym ją lepiej22Moja strona na Tumblrze już nie istnieje, więc nie mogę podlinkować wpisu. Funkcję, którą pełniła, spełnia teraz ten blog. .
„Pisanie jej lepiej”
By zrozumieć glinę, z jakiej postanowiłem ulepić własną alternatywę dla powieści Greena, warto nakreślić najpierw, jak dziwnym okresem był dla mnie pierwszy rok liceum.
Świat puścił mnie już wtedy z gimnazjum łączonego z podstawówką – a więc także z ciągnącej się w nieskończoność „dzieciństwostoletniości”, której większość spędziłem przed komputerem i w statycznej grupie przyjaciół. Pod względem zdolności towarzyskich, tacy przyjaciele to miecz obosieczny. Cieplarniane warunki poprzedniej szkoły – dogodniejsze, rzecz jasna, od tych w rejonówce – utrudniły mi nieco odnalezienie się wśród znajomych z liceum, przeważnie z dynamiczniejszych, częściej zmieniających się środowisk.
Moja szkoła średnia, jak w amerykańskich serialach, podzielona była na grupy śmiałych ekstrawertyków i osób bardziej skrytych w sobie. Rozerwany między nimi (bo dopasowany lepiej do tych drugich, choć zafascynowany tymi pierwszymi) próbowałem zjednać sobie jak najwięcej osób i zdawało mi się, że nieustannie muszę zgrywać kogoś, kim nie jestem.
Sądziłem, że „bycie sobą” zapędzi mnie w samotność, więc nie ma niczego złego w tym wysiłku. Uczucie odgrywania pewnej roli – nawet gdy przebywam sam – towarzyszyło mi od zawsze w tej czy innej postaci. Nie wydaje mi się, żebym był pod tym względem ani wyjątkiem, ani regułą.
Imprezy, podczas których za wszelką cenę starałem się zatuszować te wrażenia, przychodziły jedna za drugą, tylko pogłębiając moje wyalienowanie. Każdą następną uznawałem za okazję do wywrócenia się spodem na wierzch – złapania za przysłowiowe cholewy i uczynienia kimś innym. Widać to może subtelnie po atmosferze Rozdziału 1.
Podczas wykopalisk przeprowadzonych na potrzeby tego wpisu trafiłem na wzmiankę o pewnej imprezce, która wydaje się dla tego tekstu szczególnie silną inspiracją. Mowa o urodzinach kolegi z klasy świętowanych w okolicach 13 kwietnia 2018 r., lekko ponad dwa tygodnie przed pojawieniem się Rozdziału 1. na moim dysku. (W gotowej powieści do teraz widzę układ mieszkania tego znajomego, choć byłem w jego domu wyłącznie raz i w stanie nietrzeźwości.)
Jak już wyjaśniłem, przed Rozdziałem 1. zabrałem się za niewiele poważnych rzeczy, ale było ich kilka. Zainspirowany koncepcjami Jamesa Joyce’a, eksperymentowałem w tamtym okresie z krótkimi „epifaniami”. Były to mikroskopijne opowiadania (prozy poetyckie?), opisujące pojedynczy moment przemiany bohatera, który na skutek banalnego bodźca doświadcza jakiegoś uświadomienia.
Teksty te dawno pogubiłem i nie pamiętam o nich zbyt wiele. Jedna taka proza dotyczyła np. chuderlawego chłopaka, który nie znosi własnego ciała, a w szatni nie może przestać oglądać się za innymi. Dręczyło go albo niskie poczucie własnej wartości, albo tzw. gay panic (znając autora, pewnie oba).
Uświadomienie, trwające kilka sekund, bywało w podobnej „epifanii” rozciągnięte do całej strony komputeropisu. Przy tworzeniu tych opowiadanek kierowało mną przeświadczenie, że w danej historii nie musi się dziać wiele, by była ona poruszająca – jeśli tylko się rozejrzeć i wsłuchać w potok wrażeń, każdy moment naszego życia zawiera fraktalnie głębokie bogactwo doznań i emocji. (Podobne przekonanie kierowało także wymienionymi wyżej modernistami.)
Sądzę, że nietrudno zrozumieć, w jaki sposób inspiracja XX wiekiem oraz rozczarowanie amerykańską literaturą młodzieżową popchnęły mnie wtedy do napisania czegoś w rodzaju książki antymłodzieżowej – jak wyjaśniłem we wspomnianym wpisie z Tumblra, „takiej, którą można przeczytać w z grubsza tyle godzin, ile trwa jej akcja i gdzie z pozoru nic się nie dzieje, bo bohaterami jesteśmy my wszyscy”.
Will Grayson (i ten drugi)
Tu, jak sądzę, rysuje się już obrana przeze mnie koncepcja. Tytuł powieści brzmi Zanim zmorzy nas sen. Bohaterów jest dwóch i chociaż nie nazywają się tak samo, ich kondycje są w pewnym sensie lustrzanymi odbiciami. Wiedziałem od początku, że akcja – zamiast ciągnąć się marnotrawnie przez miesiące czy tygodnie – zamknie się zwinnie w jednej nocy, a losy moich „Graysonów” przetną się w jakiś sposób™.
Niektórym wszystko to może wydać się dość staromodne. Czy nie wyeksploatowaliśmy już tej koncepcji? Oskarżenie to nie spędza mi snu z powiek, ponieważ modernistyczna inspiracja stanowi jedynie ogólny zarys książki. Gdyby muzycy rezygnowali z opatentowanych w XX wieku ideałów dobrego piosenkopisarstwa, zmuszeni bylibyśmy słuchać męcząco wymyślnych utworów bez punktu odniesienia do naszej codziennej rzeczywistości. Nie ma nic złego w tradycyjnej formule, jeśli tylko stanowi ona dla twórcy punkt wyjścia raczej niż dogmat albo nieśmiertelny ideał.
Najlepsi współcześni artyści kradną z przeszłości to, co wyjątkowe, a następnie modyfikują na własne potrzeby, nie popadając przy tym w irytujący kult oryginalności – szczególnie zabójczy dla formy wyrazu tak starej i zakrzepłej jak literatura. (Gdyby moja powieść odtwarzała tylko staromodne, modernistyczne trendy, nie widziałbym sensu w pisaniu jej, jak nie widziałbym sensu w pisaniu powieści słabej, acz usilnie nowoczesnej.)
Oczywiście nie zdawałem sobie sprawy, przed jak wymagającym zadaniem się stawiam. Przypuszczałem, że rozdziałów będzie łącznie sześć, czyli po trzy „na głowę” – a proces pisania zajmie mi maksymalnie kilka miesięcy – ale ponieważ w pierwszej klasie nie napisałem jeszcze żadnej dobrej prozy (na pewno żadnej dłuższej niż kilka stron), skomponowanie całej powieści okazało się przy tym braku doświadczenia tytanicznie trudne.
Nie bez powodu Rozdział 1. urywa się na otwarciu przez bohatera drzwi balkonowych. Planowałem, że zastanie on tam kogoś, a następnie za sprawą ciekawej (!), zabawnej (!) i pobudzającej (!) rozmowy dowiemy się wszystkiego, co należy wiedzieć o obu tych postaciach oraz świecie, w którym żyją. Później miałem zamiar poddać ich przekonania i wierzenia w wątpliwość. Zamysł oczywiście bardzo piękny, z tym mankamentem, że nie potrafiłem pisać scen ani dialogów – w tym drugim do teraz nie uważam się za uzdolnionego. Tylko opisy opanowałem wówczas w jakimkolwiek stopniu i, jak widać po Rozdziale 1., niekoniecznie wysokim.
Cały semestr siłowałem się z niemożliwą do napisania rozmową (moim zdaniem sprawiłaby problem nawet doświadczonemu pisarzowi), aż wreszcie zrozumiałem, że muszę obrać inną taktykę. Skoro opisy przychodzą mi łatwiej niż cokolwiek innego – do teraz są koniem pociągowym mojego pisarstwa – zamiast otwierać powieść rozmową między dwiema nieznającymi się postaciami, spróbuję zacząć wcześniej i przedstawić ich życia przez opisy doznań.
W ten sposób po ośmiu miesiącach kombinowania, bo w grudniu 2018 r., na moim dysku internetowym zawitała nowa wersja. Tym razem był to nie byle akapit, a niemal dwie strony A4. (Proszę nie klaskać.) Tempo prac może nie powalało, ale tekst ten zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, bo zawiera sformułowania, które przetrwały do finalnej wersji.
Rozdział 1. – v2
Grudzień 2018 (fragment)
Trzask zamykających się drzwi windy, dźwięk naciskanego guzika, Anna odgarniająca krótkie blond włosy opadające jej na twarz – winda ociężale rusza w górę. Anna wbija wzrok w czubki butów unikając jakby mojego spojrzenia. Twarz wtula w beżowy szalik, przyprószony drobnymi płatkami śniegu zmieniającymi się teraz w ciepłym pomieszczeniu w kropelki wody. Na sam widok jej zaróżowionego nosa robi mi się zimno. Stoi oparta o ścianę podobna do antycznej rzeźby albo bryły lodu – równie beznamiętna i pozbawiona emocji.
Mimo ponad pół roku pracy już pierwszy akapit tekstu naszpikowany jest minami. W pewnym sensie fragment ten stanowi wręcz krok w tył, bo eksperymentowałem tu krótko z pierwszą osobą, z czego szybko zrezygnowałem na rzecz wykorzystywanej wcześniej i dużo elastyczniejszej narracji personalnej. Pozwala ona na więcej niż pierwszosobowa, skazująca nas zazwyczaj na obcowanie z idiolektem bohatera. (Przypomnijmy – licealisty. Nie chciałem przecież napisać Buszującego w zbożu.)
By uświadomić sobie jednak, że w trzech rozdziałach nie zdołam zmieścić wszystkiego, co zaplanowałem dla pierwszej postaci, potrzebowałem dwóch następnych lat. Auć.
Synekdocha, Praga Północ
W sierpniu 2020 roku, krótko przed początkiem studiów, miałem 28 tys. słów i trzy rozdziały (I, III i V), każdy niepokojąco dłuższy od poprzedniego.
Wersję tę przeczytałem wtedy mojemu chłopakowi i pamiętam z bolesną dokładnością, jak bardzo wysilił się, by mnie nie urazić. Była wprost fatalna – drugi rozdział był dwa razy dłuższy od pierwszego, a trzeci cztery razy dłuższy od drugiego. Trzy rozdziały to po prostu zbyt mało miejsca na wszystko, co próbowałem tam zawrzeć.
Przegrupowanie się i obranie konstrukcji z dwunastoma rozdziałami przyniosło mi olbrzymią ulgę. (Nie zapominajmy, że strukturalny konserwatyzm był niezbędny, ponieważ na książkę miały się składać dwie przeplecione historie. Wolnoamerykanka zwyczajnie nie wchodziła w rachubę.)
W pliku z 11 czerwca 2023 r. widać już z grubsza obecny kształt powieści. Trzy rozdziały pierwszego bohatera (tego z windy i balkonu) podzieliłem na sześć sensownych, zasadniczo gotowych części, które miałem czas rozbudować i uzupełnić o nowe elementy. Napisałem już wtedy całą jego „linię”, stopniowo wypełniając luki prozą o drugiej postaci. Brakowało mi wtedy trzech rozdziałów, co widać poniżej. (Chłopak siłujący się z klamką ma imię na „F”, a jego przeciwwaga, imię na „E”.)
F1, E1, F2, E2, F3, E3, F4, [ ], F5, [ ], F6, [ ]
F1, E1, F2, E2, F3, E3, F4, [ ], F5, [ ], F6, [ ]
Mój sposób komponowania tekstu tłumaczy częściowo, czemu przez tyle lat nie opublikowałem prawie żadnej mniejszej prozy – oczywiście pisałem opowiadania, ale gdy tylko jakieś okazywało się obiecujące, włączałem je w tkankę książki.
Jeżeli przeczytacie powyższe zdanie jeszcze raz, być może wzbudzi w Was ono pewien niepokój. Czy aby moja „powieść” nie stała się w rezultacie zbiorem rozłączonych powiastek? Uspokajam, że nie – zarówno ona, jak i samodzielne prozy obracają się wokół faktycznych doświadczeń (moich własnych i tych zawierzonych mi przez znajomych). Oznacza to, że płyną z podobnego źródła, a całość wystarczyło uważnie „podszlifować”. Obecnie większość z tych opowiadań to cegły, które nie pamiętają już, że kiedykolwiek pochodziły z innych budynków.
Tu podkreślę, że powieść ta nie jest projektem, do którego wracałem periodycznie. Przez ostatnich osiem lat pracowałem nad nią nieustannie. Mówiłem o niej nieustannie, myślałem nieustannie, śniłem nieustannie. Jedyną dłuższą przerwą w pisaniu było parę miesięcy, podczas których kończyłem mój zbiór wierszy, Omuchawie.
Jak to możliwe, że napisanie trzech rozdziałów zajęło mi aż trzy lata? Cóż, poprawiałem w tym samym czasie resztę tekstu i włączyłem w niego nieco pomniejszych próz. Miałem również bardzo długą listę wymagań formalnych, które musiał spełnić każdy rozdział, by całość się spinała. Zostawiło mi to niezwykle mało miejsca na improwizację – każde zdanie pisałem jak od linijki i wobec żadnego z nich nie byłem obojętny.
Podobnie jak w przypadku pierwszej, sześciorozdziałowej wersji, ostatnie rozdziały wersji dwunastorozdziałowej zaczęły się szybko rozrastać. Dla przykładu „E3”, „E4” i „E5”, oprócz tekstu głównego, zawierają łącznie pięć mniejszych, połączonych historii. Niektóre spośród tych „wewnątrzpowieściowych” opowiadań goszczą również jeszcze kolejne, mniejsze fragmenty.
Robiłem jednak wszystko, co się da, by ta skomplikowana, szkatułkowa konstrukcja nie męczyła czytelnika i zdawała się mu zupełnie naturalna. Stanowiło to oczywiście spore wyzwanie, w związku z czym napisanie samego „E5” zajęło mi około roku. Przypadkowy odbiorca raczej nie pozna się na tym wysiłku przy pobieżnej lekturze i pewnie nie zabraknie też osób, którym cały ten projekt wyda się niewart wzruszenia ramionami – ja jednak nie widzę sensu ciągle sobie o tym przypominać.
Rozdział końcowy – „E6” – był zupełnym koszmarem. 17 września 2024 r. przesłałem przyjaciółce całą książkę poza tym ostatnim fragmentem, obiecując dostarczenie go, jak tylko wszystko dopnę. Otrzymała go dopiero parę tygodni temu, co oznacza, że napisanie „E6” (w finalnej wersji ok. 11 tys. słów, czyli 45-60 minut czytania) wymagało dwóch lat mojego życia33Gdyby kogoś ciekawiła „miara postępu” na przestrzeni całych ośmiu lat, wyniosła ona średnio… dwadzieścia słów dziennie. .
Rozdział ten zrobił się w pewnym momencie tak obszerny, że stanowił ponad jedną piątą całej powieści, zanim skróciłem go nieco i wydzieliłem epilog. Nie będzie przesadą stwierdzić, że zdążyłem przeczytać całą książkę setki razy, a niepokojąco wiele akapitów po prostu znam na pamięć.
Łatwo też zrozumieć, czemu zdawało mi się ciągle, że skończę za moment. Powieść ta nie jest długa – przeciętna na rynku wydawniczym liczy podobno 70 tys. słów (moja trochę mniej). Wynika to jednak w dużej mierze z ogromnego rygoru, jaki sobie narzuciłem. Jeśli jakieś zdanie nudziło mnie, nawet przy setnej lekturze, pozbywałem się go lub je skracałem. Na tej książce właściwie nauczyłem się pisać.
W duszy uważam się raczej za poetę i nie znoszę nadmiernie długich próz – choć w mojej opinii nie zalicza się do nich np. kilka pierwszych tomów Prousta. To chyba dobra maniera w pobieżnych, scrollujących czasach, w jakich przyszło nam żyć. Kolubryny zostawiam twórcom znacząco zdolniejszym.
Kiedy zmorzy nas sen?
O rynku słyszałem tylko, że jest bezlitosny. Że niczego nie można wydać bez bycia milionerem lub spędzenia nocy z jakimś, a kiedy już uda się coś wydać, to w pięciu kopiach – dla mamy, dla taty, na półkę, do biblioteki i do przemiału.
Tymczasem jedyną gwarancją porażki jest podobny defetyzm. Nie napisałem tej powieści dla pieniędzy ani uznania (na zdobycie ich obu istnieją prostsze sposoby). Zrobiłem to, ponieważ nie umiałem wygnać jej z głowy. Niezwykłe rzeczy osiągane są przecież każdego dnia – i nie tylko przez tych z nas, których majątek czy znajomości skazały na sukces.
Nie brakuje pisarzy chowających swoje prace po idiomatycznych szufladach, gdzie później szczęśliwym odkrywcom zdarza się znajdować wielkie dzieła, których wartości nie dostrzegał nawet autor. Sam nigdy nie umiałem zrozumieć, po co chować przed światem cokolwiek – nawet gnioty. Ja od początku dzieliłem się własnymi, więc chowając tam teraz rzecz nawet ciut lepszą, raczej w niczym sobie nie pomogę.
Swoją autobiografię (zjechaną w prasie przez Georga Orwella) Salvador Dalí zaczął słowami, „W wieku sześciu lat chciałem być kucharzem. W wieku siedmiu, Napoleonem. Od tego czasu moja ambicja rosła statecznie”. Ja nigdy nie chciałem być Napoleonem, a na pewno nie w wieku lat siedmu. W wieku lat piętnastu stwierdziłem natomiast, że zostanę najlepszym pisarzem w Polsce; moje ambicje również pozostały niezmienione.
Jeśli nawet Zanim zmorzy nas sen okaże się dla nich krokiem małym, poczynionym w tył (lub nawet skończy się bolesnym poślizgnięciem), zawsze byłem zdania, że – niezgodnie z powszechną opinią – cel podróży jest ważniejszy niż obrana trasa.




