Moja dziwna obsesja na punkcie czcionek

/

/

O Marku Rubio, faszyzmie i pragnieniu by ujrzeć tekst sam w sobie

13 minut

Jedynym szeryfem w mieście jest Marco Rubio

Parę tygodni temu świat obiegła nietypowa informacja. Jak podał portal Reuters, Marco Rubio (sekretarz stanu i jedna z najważniejszych osób w rządzie prezydenta USA, Donalda Trumpa), zdecydował się na zmianę kroju pisma wykorzystywanego przez podlegające mu państwowe instytucje.

Czcionka Calibri – od paru lat domyślna w dokumentach amerykańskich organów z decyzji Joe’a Bidena – ma zostać zdeponowana na rzecz wykorzystywanego dawniej Times New Roman. Jak stwierdzono w komunikacie departamentu, zmiana ta ma “przywrócić dekorum i profesjonalizm pisemnym wytworom rządu” oraz “ukrócić kolejny marnotrawny program DEI (Diversity, Equity, Inclusion)”.

Jeżeli interesują Was kroje pisma, być może nie widzicie w tym nic zaskakującego. Tym z Was natomiast, którzy nie odróżniają Helvetiki od Hoefler Text, wszystko to może wydawać się co najmniej osobliwe. Sekretarze stanu są jednymi z najważniejszych osób w państwie i rzadko kiedy zajmują się kwestiami tak błahymi jak kroje pisma. Pewien problem może stwarzać Wam też zrozumienie, czemu Calibri – jeszcze niedawno domyślna czcionka w programie Microsoft Word – uznana została przez rząd Trumpa za “marnotrawną” i “nieprofesjonalną”.

Rząd Bidena zdecydował się uczynić Calibri nowym standardem przede wszystkim z powodu nowoczesności oraz inkluzywności tej czcionki, łatwiejszej też w lekturze dla osób borykających się z problemami ze wzrokiem. Calibri bywa co prawda krytykowane za brak neutralności – komunikaty zapisane w Calibri wydają się odbiorcom pozytywniejsze ze względu na lekko zaokrąglone krańce liter, które cechują ten krój (właśnie dlatego Microsoft zastąpił ją w zeszłym roku czcionką Aptos jako domyślnym krojem Worda). Rząd Bidena, przegrywający w 2023 r. walkę z licznymi problemami PR-owymi, mógł uznać tę właściwość Calibri za użyteczną.

W krótkim tekście dla portalu LitHub, James Folta opisał decyzję Marca Rubia jako “kolejny przykład obsesywnego wykorzeniania czegokolwiek ukierunkowanego na równość czy mającego na celu uczynić instytucje państwowe przyjaźniejszymi miejscami”. Folta wpisał zmianę czcionki w szerszy styl wizualny obrany przez rząd Trumpa – tanią, faszystowską estetykę wyidealizowanej, konserwatywnej przeszłości, widoczną również w zatwierdzonych przez prezydenta projektach architektonicznych. Jak czytamy w tekście Folty:

Tego typu osoby preferują błyszczące rzymskie kolumny, tandetne złocenia i wszystko, co ma sugerować dominację, hierarchię i regresywny tradycjonalizm. Nic dziwnego, że preferują czcionkę Times New Roman, której duże „I” wygląda jak kolumienka.

Amerykańska “wojna kulturowa” nie bierze jeńców. Żaden temat, nawet równie pozornie nieistotny co czcionka wykorzystywana przez dany departament, nie jest bezpieczny od upolitycznienia. Mnie jednak o wiele bardziej, niż ta szeroko komentowana oczywistość, ciekawią cechy, czyniące daną czcionkę “przyjaźniejszą”, “bardziej profesjonalną” – a nawet, olaboga, “inkluzywną”.

Kolumienki

Zasadniczo kroje pisma możemy podzielić na dwie kategorie – szeryfowe i bezszeryfowe. Kroje szeryfowe wyposażone są w niewielkie ornamenty, jak odwrócone “różki” w daszku litery T czy “stópki” liter takich jak N, M lub I.

Czcionka szeryfowa oraz bezszeryfowa

Oddając wykładowcy pracę zaliczeniową, robimy to (mam nadzieję?) w szeryfowym foncie Times New Roman. Jeśli czytałeś/aś wyrywek tego wpisu na Instagramie, miałeś/aś przed sobą krój Libertinus Serif. Jeśli korzystasz teraz z aplikacji Substacka na iPhonie, najpewniej masz przed sobą czcionkę Palatino. Jeśli zaś brniesz przez ten artykulik w przeglądarce internetowej, najpewniej widzisz czcionkę Lora, zależnie od wybranych przez ciebie ustawień.

Kroje szeryfowe stwarzają starodawne, tradycyjne wrażenie, ponieważ czerpią z wielosetletniej tradycji sięgającej twórców takich jak Claude Garamont, którzy inspirowali się pismem odręcznym – widać to szczególnie w pochyłych italikach nazwanego po nim kroju Garamond. Czcionki te eksploatuje się zazwyczaj w tekstach głównych książek (tzw. body text), które czytamy niekiedy przez wiele godzin. Nasz wzrok musi “płynąć” naturalnie od słowa do słowa, w czym owe ornamenty – innymi słowy, kolumienki – rzekomo pomagają.

EB Garamond i jego italiki.

Kroje bezszeryfowe (np. omówione już, komunistyczne Calibri) nie są wyposażone w podobne ozdobniki. Litera I jest w nich niemal zawsze prostą kreską, litera A składa się z trzech skrzyżowanych linii, etc. W media społecznościowych praktycznie cała zawartość ubrana jest w czytelne, pragmatyczne kroje, takie jak Roboto, Helvetica czy San Francisco. Wszystkie one wyglądają tak samo dla niedoświadczonego oka (chociaż Roboto jest darmowe, Helvetica płatna, a San Francisco nie możemy użyć nigdzie poza oprogramowaniem na sprzęty Apple Inc). Fonty te są mniej fikuśne od szeryfowych, mają bardziej utylitarny charakter, a jednak to one – ze względu na swój chłodny minimalizm – bywają ulubieńcami projektantów i grafików.

Krótko mówiąc, po kroje bezszeryfowe najczęściej sięga się tam, gdzie niezbędna jest czytelność w małych wielkościach, np. na ekranach telefonów. Co prawda wykorzystuje się je też niekiedy w drukowanym tekście głównym – np. w albumach fotograficznych czy pozycjach poświęconych projektowaniu – ale wynika to raczej z pragnienia projektantów, by książka “rzucała się w oczy”, a nie by proces czytania był optymalnie łatwy.

Times (Old) Roman

Jeżeli jednak, podobnie jak mi, nie wystarcza Wam wytłumaczenie, że dzięki krojom szeryfowym nasz wzrok “płynie od słowa do słowa”, możecie zastanawiać się, co właściwie sprawia, że “kolumienki” są czytelniejsze w druku – zakładając oczywiście, że w ogóle tak jest.

Przeświadczenie to jest popularne, ale badania nie wydają się go potwierdzać. Arial okazuje się pod tym względem tak samo skuteczny jak popularne kroje szeryfowe. Trudno mi jednak wyobrazić sobie, bym zechciał kupić powieść wydrukowaną w całości w Arialu czy nawet jego estetyczniejszej kuzynce, Helvetice. Zdarzyło mi się trafić raz na powieść science-fiction złożoną w omówionym już Calibri – najpewniej użyto jej dla przydania tekstowi nowoczesnego czy nawet futurystycznego feelu – ale nie zdecydowałem się jej kupić. Przerzucanie szeleszczących kartek zapisanych w całości mdlącymi okrągłościami Calibri wydało mi się po prostu nieodpowiednie2.

Tymczasem nasz świat ewoluuje raptownie i wiele krojów tradycyjnie uważanych za czytelne, zupełnie nie przystaje do wyzwań współczesnego, zcyfryzowanego świata. Np. Times New Roman, oczekiwany w Polsce we wszystkich manuskryptach wydawniczych (poza scenograficznymi), jest całkiem nieprzystosowany do wszędobylskich ekranów. Nic dziwnego – zaprojektowano go na początku XX wieku dla brytyjskiego The Times, kiedy realia rynku prasowego wymagały, by tekst drukowany był jak najciaśniej dla zaoszczędzenia tuszu i papieru.

W dzisiejszych czasach, gdy coraz więcej gazet publikowanych jest wyłącznie w Internecie (lub w formie drogich, cotygodniowych magazynów, kupowanych raczej jako ozdoby dizajnerskich stolików), Times New Roman okazuje się właściwie pozbawiony zastosowań. Krój ten jest tak nieczytelny, że wbrew popularnym przeświadczeniom, trudno jest go zastać w książkach, gdzie znacznie popularniejsze są Minion, Arno czy Garamond. W Times New Roman nie ma też (Marco Rubio, zatkaj uszy) nic tradycyjnego – jest miszmaszem stylów takich jak Plantin, Caslon czy Baskerville, niepasujących do siebie i pochodzących z różnych epok. Na początku swojego istnienia Times New Roman uchodził właściwie za nowatorski.

Czemu więc, mimo wszystkich tych wad, wykorzystuje się go tak powszechnie w manuskryptach czy sektorze edukacji? Wynika to zapewne z wysokiej dostępności tego kroju. Times New Roman znajdujemy w programach takich jak Google Docs, Apple Pages czy Microsoft Word, choć (w przeciwieństwie do Libertinus Serif czy Source Serif) nie jest on krojem o otwartym źródle. Darmowe programy uciekają się zazwyczaj do metrycznie kompatybilnych alternatyw, takich jak Tinos czy Nimbus Roman.

“Metryczna kompatybilność” (oznaczająca, że każdy znak danej czcionki zajmuje tyle samo miejsca, co odpowiadający mu znak innej czcionki) jest istotna, ponieważ wykładowcy chcą widzieć na pierwszy rzut oka, jak długi jest tekst oddawany im przez studentów. Jest tak mimo tego, że teksty niemal zawsze przesyłane są drogą mailową, każdy współczesny edytor wyposażony jest w prosty licznik słów, a student pragnący wykiwać wykładowcę ma na to wiele metod mniej oczywistych niż zmiana czcionki, jak choćby zastosowanie szczególnej interlinii, nietypowych odstępów międzyznakowych, zbędnych obrazków itd.

Co dziwne, mimo wszystkich tych problemów i kontrowersji, Times New Roman przeżywa właściwie renesans wśród projektantów i nietrudno zastać tę czcionkę nawet na plakatach wystaw czy wydarzeń kulturalnych, gdzie oczekiwalibyśmy bardziej wyszukanych krojów.

Kwestia optyki

Jak wspomniałem, Times New Roman nie jest wykorzystywany w scenografii – ta akurat zdominowana jest przez Courier New, będące tak zwanym krojem nieproporcjonalnym (ang. monospaced), którego każdy znak zajmuje tyle samo miejsca – niezależnie, czy jest to wąskie I, szerokie M czy drobniutka kropka.

Courier New

Owa wyjątkowa cecha Couriera rzekomo pozwala producentom oszacować, jak długo będzie trwał film zrealizowany na podstawie określonego scenariusza. W tym nieco wyidealizowanym modelu jedna strona tekstu odpowiada jednej minucie gotowego nagrania.

Osobiście sądzę jednak, że Courier (Niezbyt) New stanowi dla tego przemysłu pozostałość ery, gdy scenariusze produkowane były na maszynach do pisania, korzystających z krojów nieproporcjonalnych ze względu na swoją konstrukcję. Courier New jest po prostu zbyt ikonicznym fontem, by producenci, scenopisarze i cały przemysł filmowy przerzucał się na jakiś czytelniejszy styl. Inne czcionki nieproporcjonalne, takie jak Menlo, wykorzystywane są też przez programistów – dlatego utożsamia się je z technologią, hakowaniem czy informatyką.

Z podobnych przyczyn większość artykułów naukowych z dziedzin ścisłych ubrana jest w czcionkę Computer Modern (a w zasadzie jej bardziej rozbudowaną kuzynkę, CMU Serif). Krój ten oryginalnie opracowano dla systemu TeX, który pozwala składać pliki PDF na podstawie surowego kodu. Computer Modern jest (w mojej opinii) fontem nieatrakcyjnym, ale wielu badaczom trudno jest wyobrazić sobie dzielenie się swoimi artykułami ze światem przy użyciu jakiejkolwiek innej czcionki. Kroje pisma nierzadko determinują (lub przynajmniej sygnalizują) charakter tekstu, z którym obcujemy. Nie ma potrzeby uciekać się do przykładów tak wyszukanych, jak ubieranie komunikatu o czyjejś śmierci w Comic Sansa – wystarczy spojrzeć na kroje pisma, z których korzystają duże koncerny AI, by niemal instynktownie dojść do wniosku, w jaki sposób chciałyby być postrzegane.

Antropic uwielbia tradycyjne kroje szeryfowe, lekko tylko zaokrąglone przy końcówkach, uzupełniane najczęściej neutralnymi, pastelowymi barwami. Styl ten sugeruje czuły, humanistyczny charakter produktu, który nie jest ani czuły, ani humanistyczny. OpenAI obiera inny kurs – proste, bezszeryfowe czcionki na białym tle. Ten nieco niemodny minimalizm wydaje się zainspirowany stylem Apple Inc., co widać również we współpracy marki z projektantem Johnnym Ivem. Z kolei xAI – jedna z setek firm Elona Muska – sięga w brandingu do czcionek nieproporcjonalnych, by ukazać swoje produkty jako skierowane do profesjonalistów.

Monopol i Monotype

Bywa też, że zamiast korzystać z istniejącego fontu, firma sama projektuje lub zamawia dla siebie ekskluzywną czcionkę, z której później korzysta w oferowanych produktach. Zdecydowały się na to marki takie jak Spotify (Spotify Mix), CNN (CNN Sans), Apple (San Francisco), The Guardian (The Guardian font), New York Times (NYT Cheltenham) czy IBM (IBM Plex).

Decyzja ta niejednokrotnie wynika nie tylko ze względów estetycznych –takich jak chęć dysponowania całkowicie unikalnym stylem – ale również ze względów finansowych. Czcionki nie powstają same z siebie, a stanowią owoc pracy (niekiedy całych dekad pracy) utalentowanych projektantów i w związku z tym podlegają prawom ograniczającym ich wykorzystywanie oraz dystrybucję. Prawa rządzące rynkiem czcionek różnią się w zależności od kraju, o którym mowa.

W Stanach Zjednoczonych formy poszczególnych znaków uznano za zbyt podobne do siebie nawzajem i w związku z tym nie podlegają one tradycyjnemu copyrightowi. Oznacza to, że w USA każdy może wykorzystać “kształt” swojego ulubionego fontu do celów, jakie uzna za stosowne. Określonym prawom podlegają jednak instrukcje pozwalające na reprodukcję tych “kształtów”, czyli pliki do instalowania krojów pisma na komputerze. Tymczasem w Europie czcionki traktowane są jak każdy inny wyrób graficzny i podlegają tym samym prawom, co np. ilustracje – tych nie można reprodukować niezależnie od obranej metody, o ile nie uzyskamy wcześniej zgody autora lub nie robimy tego na zasadach fair use.

W praktyce oznacza to, że jeżeli nie płacimy za monopolistyczne programy do projektowania graficznego – jak te sprzedawane przez Adobe – popularne kroje pisma bywają zatrważająco kosztowne. Jeszcze droższe jest wykorzystywanie znanych fontów na stronach internetowych czy umieszczanie ich w ebookach, ponieważ taki rodzaj użytkowania uznawany jest za reprodukowanie samego pliku czcionki. Wiąże się to często z opłatami za każdą wytworzoną kopię (np. każdy sprzedany ebook czy każde wyświetlenie strony).

I o ile może się to nie wydawać rażące w przypadku fontów, które powstały, dajmy na to, w ciągu ostatnich 30-40 lat, wiele z najpopularniejszych fontów stworzono setki lat temu, a ich digitalizacje sprzedawane są po tych samych cenach co zupełnie nowe, autorskie projekty. W praktyce amerykańska firma Monotype – która wykupiła większość swojej konkurencji – ma (nomen omen?) monopol na przytłaczającą większość najbardziej pożądanych czcionek.

Komercyjna natura krojów pisma jako produktów klasy premium objawia się w wielu absurdach, np. wymaganiu od początkujących scenarzystów kupowania drogich i w zasadzie zbędnych im programów komputerowych, bez których nie będą mogli złożyć scenariusza w odpowiedniej czcionce – konkretnym wariancie Couriera – czy konieczności korzystania z komercyjnych programów oferujących pisarzom Times New Roman, zamiast alternatywnych edytorów o otwartym źródle (np. Libre Office). Te nie mogą sobie pozwolić na dystrybucję płatnych krojów.

Inter

Mimo wszystkich moich powyższych zażaleń, jedne z najbardziej lotnych i ekscytujących czcionek ostatnich lat powtało dzięki społeczności open source, dystrybuującej swoje wytwory na niekomercyjnych licencjach – należą do nich niezwykle popularny Inter, gustowne EB Garamond, czy bliskie mojemu sercu Libertinus Serif (dawniej Linux Libertine) uwielbiane przez Wikipedię.

Nieprzejrzystość

Wszystkie powyższe kontrowersje przypomniały mi inny artykuł, który przeczytałem kiedyś na LitHub, dotyczącego burzy rozpętanej na Twitterze przez pisarza Séana Richardsona, który zapytał obserwujących, jakie czcionki wybierają na własny użytek5. Jak opisuje to zdarzenie Aaron Robinson:

Czcionki o rozmiarze 12 punktów wydawały się najpopularniejsze, a następnie 11-punktowe. Najczęściej wymieniano Arial, Times New Roman, Calibri i Garamond. Rabia Chaudry, prawniczka i autorka bestsellerów New York Timesa, zdecydowanie należała do obozu Calibri.

Chociaż więc wydawcy mogą oczekiwać konkretnych fontów w dostarczanych im manuskryptach, jasnym jest, że pisarze mają swoje własne preferencje. Oznacza to, że każdy twórca inaczej postrzega swój tekst – nie tylko ze względów filozoficznych, ale nawet tak prostych, jak preferowana przez niego czcionka.

Naprawdę fascynującym wydaje mi się perspektywa zbadania, w jaki sposób tekst oceniany jest przez autorów, kiedy sformatuje się go w różnych krojach pisma. Sądzę jednak, że podobnie jak w przypadku odpowiedzi na nonsensowne pytanie o obiektywny kształt liter, nigdy nie uzyskamy satysfakcjonującej odpowiedzi.

Kwestia komplikuje się tym bardziej, że współcześnie coraz większa część książek poznawana jest przez czytelników za pośrednictwem audiobooków a nawet programów text-to-speech. Zabawne, że choć literatura jest być może najstarszym artystycznym medium – sięgającym jeszcze czasów pierwszych pieśni i ustnych podań – nie wiemy właściwie, co jest jej obiektem. Jako jedyny mainstreamowy środek wyrazu może być doświadczana za pośrednictwem trzech różnych zmysłów. Jaką czcionką myślimy? Jaką czcionką śnimy? W tym miesiącu (i tylko w tym miesiącu) gotów jestem stwierdzić, że niewątpliwie jest nią Calibri.

Bibliografia

  1. Folta, J., Marco Rubio’s State Department has deleted Calibri and installed Times New Roman, “LitHub”, dostęp 23.12.2025.
  2. Freidman S., Where do fonts come from? This one business, mostly, “The Hustle”, dostęp 23.12.2025.
  3. Michael L. Bernard, Barbara S. Chaparro, Melissa M. Mills i in., Comparing the effects of text size and format on the readibility of computer-displayed Times New Roman and Arial text, “International Journal of Human-Computer Studies” 2023, wol. 59, nr. 6, str. 823-835.
  4. Pamuk H., Rubio stages font coup: Times New Roman ousts Calibri, “Reuters”, dostęp 23.12.2025.
  5. Robertson A., The real Literary Twitter drama this week was about . . . fonts, “LitHub”, dostęp 23.12.2025.
  6. Microsoft Word’s Subtle Typeface Change Affected Millions. Did You Notice?, “New York Times” 2024, dostęp 27.12.2025.