Kiedy Jula obudziła się środkiem nocy w domu babci Heli, pierwszą rzeczą jaką zobaczyła, był wiszący na ścianie obraz Jezusa. Musi przyznać, że pan bozia nieźle ją przestraszył. Na widok jego oczu, przysięgłaby, spoglądających prosto na nią, przeklęła odruchowo — dobrze, że nie za głośno, bo babcia Hela znowu dałaby jej wykład. Czemu to cholerstwo musi tutaj tkwić? Tyle ładnych obrazków Jezuska, a ta gdzieś na bazarze dwadzieścia lat temu musiała znaleźć sobie akurat ten, niepodobny do żadnego innego i brzydki jak grzech.
Gdyby nie ciemność pokoju, Jula nie spostrzegłaby nawet, że znów zasnęła na kanapie przed telewizorem. Nie poczuła budzenia się ani poczuła zasypiania, ale jeśli dżemnęło jej się na wieczornych wiadomościach, kto wyłączył telewizję? Babunia Hela? Ona raczej obudziłaby Julę, jeśli nie z uprzejmości, to chociaż żeby jej ponarzekać. Każesz starej kobiecie biegać do salonu o trzeciej nad ranem. Nie wstyd ci? Julę rozbawiło, jak wyraźnie usłyszała w myślach jej głos.
Żałowała jednak tego snu. Wieczór to jedyna pora, kiedy miała czas dla siebie, bez robienia kleiku czy pouczania o duchu świętym — szkoda, że straciła ten dzisiejszy. Zresztą, nawet tą porą masturbować musiała się w łazience, bo salon oddzielony był od sypialni babci cienką ścianą. Zazwyczaj oglądała po prostu telewizję, choćby powtórki telenowel, żeby tylko oczyścić umysł.
Cóż, teraz już było za późno na seriale. Spróbowała położyć się, zamknąć oczy i zasnąć, ale niebo za firankami już błękitniało – czuła więc, że się jej nie uda. Co parę minut otwierała tylko oczy i przyglądała się, jak duszny salon zmienia kolor; jak z czarnego robi się granatowy, a gdzieniegdzie niebieścieje całkiem, wydobywając z mroku zmechaconą narzutę. Odwróciła się plecami do oparcia, ale nic to nie dało. Jeśli teraz wstanie i zacznie rozkładać wersalkę, zupełnie się rozbudzi, a jeśli nie uda jej się szybko zasnąć, będzie jutro zbyt zmęczona, by wytrwać do wieczora — straci kolejny dzień.
Z każdą minutą jej głowę wypełniało coraz więcej spraw. Na początku zastanawiała się po prostu, co przygotuje jutro Heli. Potem pomyślała o popołudniowej mszy, a jeszcze potem, że to właściwie bez znaczenia, czy rozłoży wersalkę, czy nie — i tak nie zaśnie już tej nocy. Jej myśli zaczęły błądzić po wszystkim, o czym wolała zapomnieć. A najbardziej chciała zapomnieć o tej jesieni sześć lat temu, jak wprowadzili do produkcji… Tak, nic więc dziwnego, że ta myśl brzęczała w jej głowie najgłośniej. Wspomnienia z tamtych dni miała tak wyraźne, że aż trudno było uwierzyć w ich prawdziwość.
Dziwne, bo chociaż o Sinus Teal trąbili we wszystkich gazetach (nawet tych najmniejszych, nawet tych lokalnych) zajmujących się z reguły kradzieżami rowerów, wówczas jeszcze nie wiedziała, że powinna zapamiętać ten moment. Nic jej to w zasadzie nie obchodziło, chociaż pisał o tym każdy tygodnik, kwartalnik i miesięcznik — chociaż nadawali o tym na wszystkich kanałach. Pamięta nagłówki. Wynalazek, który przyszedł sto lat za wcześnie. Albo: Czy polska legislacja jest na to gotowa? Albo nawet: Sinus Teal — przyszłość, której nie przyznasz, że chcesz. Magazyny dla wędkarzy pytały, jak Sinus Teal wpłynie na połowy ryb rzecznych. Wysokie Obcasy rozważały konsekwencje Sinus Teal dla mody i lajfstajlu. Dzienniki polityczne już w ogóle nie mogły się o tym nagadać. TVN24 nadawał na żywo debaty, zapraszał ekspertów, pytał przechodniów i tak bez przerwy, całymi miesiącami, aż wreszcie sam zaczął wyświetlać reklamy Teal Inc.
Juli zawsze zdawało się, że dowiedziała się o tym wszystkim ostatnia na świecie — dwa dni wcześniej popsuł się jej smartfon (do teraz zresztą nie kupiła nowego). Dopiero po pierwszym weekendzie koleżanka (wtedy jeszcze było coś takiego, jak koleżanki) pokazała jej filmik, który tłumaczył, co to jest ten Sinus Teal i jak to działa. Wideo trwało jakieś pięć minut, ale Jula nie miała ochoty oglądać całego, bo nic z niego nie rozumiała i od samego słuchania zaczynało kręcić się jej w głowie. Szczególnie dobrze pamiętała twarz bogatego jutubera ze Stanów, który opowiadał, że to jak nowy ajfon, albo nawet więcej — nowa rewolucja przemysłowa, ale razy dziesięć. Że technologia za tym wszystkim jest nie do opisania. Że cena wcale nie taka straszna, bo będzie można wziąć na raty. Że nawet disajn krzyczy: przyszłość.
Jula nigdy nie lubiła ani ceny, ani disajnu, ani funkcjonalności, ale najbardziej nie lubiła chyba nazwy, bo nie umiała jej wymówić. Sinus Teal. Tinus Seal. Cieszyła się więc, kiedy na Polsacie wymyślili nową nazwę dla tego ustrojstwa — Cyraneczka.

W końcu zasnęła. Poranek przyszedł już gładko, bo w świetle dziennym twarz Jezuska nie wyglądała nawet w połowie tak upiornie jak w nocy. Jula liczyła, że tym razem babcia Hela nie będzie potrzebowała pomocy przy robieniu kupy. Nie chodziło nawet o to, że nie była w stanie się podetrzeć — zmyślała po prostu, że boli ją, albo strzyka i potrzebuje, żeby ktoś z nią był. Jula wiedziała, że to wszystko bzdury i Hela ją wykorzystuje, ale nigdy nie miała serca się z nią konfrontować. W ogóle nie miała serca do wielu rzeczy.
Stała więc, jak co ranek, czekając pod klozetem, aż Hela skończy robić kupę, a zajmowało to zawsze bardzo długo. Może babka bała się po prostu, że umrze na ubikacji? Że Jula pójdzie robić krzyżówki, a kiedy po kwadransie czy dwóch zapyta, czy wszystko w porządku — i nikt się nie odezwie — znajdzie Helę na sedesie, zmarszczoną, szarą i bez życia, ale z pół wypchniętym stolcem. Szansa niby niewielka — robienie kupy zajmowało jednak pewną część dnia Heli, więc prawdopodobieństwo było niezerowe. Po kupie przychodził czas na prysznic i tu nie było już tak źle. Jula tarła miękką gąbką rodzynkowe ciało Heli, a jak już pomogła się jej ubrać, zalewała wannę wrzątkiem i sama brała szybki prysznic. Cieszyła się, że Hela przynajmniej nie unikała mycia się, bo słyszała i o takich przypadkach wśród seniorek.
Śniadanie było całkiem przyjemną cześcią dnia, gdy z oczu Juli znikały zagrzybione ściany łazienki, zagrzybione ciało Heli i zostawało światło dzienne, biel talerzy; stół, z którego wystarczyło strzepnąć okruszki. Tylko na papierosa trzeba było wychodzić w głąb ogródka, żeby nie podrażnić babci nosa. Kiedy Jula kończyła kopcić, na co Hela czekała uprzejmie, wyszła z rudych maków, wysokich po pas i robiła sobie kanapki z korniszonem.
— Może sprzedasz to mieszkanie, wnusia — spytała nagle Hela.
Mówiła powoli, słowo po słowie i całkiem wyraźnie, ale nie miało to znaczenia, bo Jula i tak nie wiedziała, o co chodzi. Przeżuła szybko kanapkę, żeby mieć tę kwestię z głowy. Hela tylko przygląda się swojemu talerzowi.
— Jakie mieszkanie? Jedz babcia, narobiłam się.
— No w Warszawie, po Grzesiu.
Ojciec. Jula zacisnęła usta, a jej babcia nadal tylko błądziła wzrokiem między kawałkami chleba, jakby widziała na wylot przez talerz, stół i podłogę — aż do jądra ziemi.
— Nikt już nie kupuje mieszkań, babcia. Jedz bo potem będę musiała nowe zrobić.
Demencja, jak nic. Dobrze, że nadeszła tak późno — Hela nie doczeka przynajmniej ostatnich stadiów. A może to nie demencja, tylko głębokie wyparcie starej kobiety, która straciła syna? Jeśli tak, Jula wybaczyłaby jej podobne pytania rok, czy dwa lata temu, ale teraz Hela musiała zadawać je z premedytacją, może myśląc, że podeszły wiek ją usprawiedliwia. Czasem Jula odnosiła wrażenie, że babcia rozumie więcej, niż ma ochotę przyznać. Rozumieć świat wkoło to ponosić odpowiedzialność za swoje czyny i słowa —może to było dla Heli za dużo?
— Za darmo je oddasz. Jakiejś młodej parze.
Tym razem Jula nawet nie przełknęła kawałków kanapki i odpowiedziała z pełną buzią:
— Dzisiaj nawet za darmo nikt nie bierze, babcia.
Młoda para. Też mi coś. Musiała powstrzymywać się przed parsknięciem, choć trudno było się śmiać z tego wszystkiego — kiedy tylko poczuła podobny odruch, jej gardło zaciskało się w gorzki węzeł. Nie mogła już patrzeć na babcię, więc wyjrzała przez okno, gdzie kołysały się sennie karłowate jabłonie. Wówczas wróciły też natrętne myśli.
To miało być tylko dla starych ludzi. Wchodzisz, robi ci w głowie wirtualny świat, czujesz błogą przyjemność i możesz nawet gaworzyć z cyfrowymi koleżankami do końca życia. Sinus jest jak dobry sen. Feel the Teal. Etsetera. W Wiadomościach mówili, że Teal przepaliło dziesiątki miliardów w kapitale inwestycyjnym na ten cały wirtualny świat, zanim zrezygnowali z niego w drugim prototypie. Ale to tylko podobno, bo w zasadzie nikt nie ma pewności. Ta cała “przyjemność” miała być tylko dodatkiem. Nazywali to submental mist, czy jakoś tak. Wcześni testujący nie wchodzili w interakcję z niczym innym, więc firma pozbyła się reszty bajerów i została sama “mgiełka”, jak nazywano ją w Polsce. Trzeci prototyp wprowadził już tylko to całe zasilanie chuj-wie-jakie, bez baterii ani kabli. W dniu ogłoszenia swojego pierwszego i jedynego produktu, Teal weszło na giełdę, ze start-upu momentalnie stając się najbardziej wartościową korporacją na planecie. Od tego czasu Cyraneczka nie miała żadnej aktualizacji ani poprawki. Po prostu pojawiła się, skończona i nieskończona zarazem, jak nic z tego świata.
Reminiscencje przerwał Juli dźwięk wypluwanego na talerz jedzenia. To Hela zakrztusiła się kawałkiem ogórka. Jula zerwała się, ale jak zwykle, akurat w chwili, gdy było już po wszystkim, więc tylko wytarła babci usta z przeżutego chleba.

Po śniadaniu przyszła pora na zakupy. Kiedy Jula weszła do sklepiku osiedlowego, rozbrzmiał dzwonek, ale zdawało się, że w środku nie ma sklepikarza.
— Panie Maciek? — zawołała, nie za głośno, by nie spłoszyć ciszy.
Dla pewności odczekała chwilę. Były już podobne sytuacje — przyzwyczaiła się, jak do wszystkiego. Minęła minuta, potem dwie, a w ciepłym świetle, które wpadało do ciasnego pokoiku przez nieumyte okna, nadal unosił się kurz. Julę kusiło, żeby poczekać i zobaczyć, czy w ogóle opadnie. Nie zdziwiłaby się, gdyby unosił się tak bez końca.
Ale im szybciej zajmie się Helą, tym szybciej przyjdzie wieczór, a im szybciej przyjdzie wieczór, tym dłuższy będzie. Niepewna co zrobić w sprawie zakupów, westchnęła niezbyt donośnie (chyba tylko dla Pana Boga) i sięgnęła za ladę po kleik i jej twarz znalazła się nad starą, metalową wagą. Zza wygniecionej blachy Jula widziała samą siebie — pulchną, młodo-starą twarz i tłuste włosy spięte w kucyk starą gumką. Wymalowane paniusie z opakowań farby do włosów patrzyły na nią z wysokich półek. Wzrok jednej paniusi lądował na puszce groszku (od którego Hela dostawała gazów), a wzrok drugiej gubił się w pudełku żyletek, ale gdy Jula nie patrzyła, spojrzenia obu akurat lądowały na niej.
Wychodząc ze sklepu, czuła, jak do oczu napływają jej łzy. Nie miała jeszcze trzydziestu lat, ale czuła się czasem jak zeszyt upuszczony do wanny, którego ktoś wciąż zmuszony był używać. Tych fotomodelek z etykiet pewnie już nie ma, pocieszyła się. Lub są gdzieś tam, zamknięte w błękitnych lodówkach, wewnątrz niepotrzebnych biurowców i podziemnych parkingów. To właśnie Warszawa opustoszała pierwsza.
Po obiedzie czekał je kościół. Przy każdej okazji namawiała babcię, żeby go sobie darować — kiedyś raczej bezpośrednio, teraz jednak testując coraz subtelniejsze metody. Raz spędziła nawet wieczór szukając jakiegoś cytatu w Nowym Testamencie, który mógłby zniechęcić Helę. Czegoś w stylu — a jeśli któryś z was ma demencję, cukrzycę, reumatyzm i podejrzenie Parkinsona, niech dnia świętego nie święci, albowiem nie wstąpi do Królestwa Bożego. Wertowała bezskutecznie kruche kartki, spragniona czegoś, czego tam nie było. Wiedziała, że nic bardziej metaforycznego nie podziała — dla Heli, jak list jest do Koryntian, to do Koryntian, a nie do niej.
Tak więc i w to popołudnie poszły na mszę. Do ich kościoła idzie się zazwyczaj dziesięć minut, a one szły przez trzydzieści, trzymając się pod rękę, kroczek za kroczkiem. W pierwszej ławie na Helę czekała przyjaciółka. Upewniwszy się, że babcia siedzi wygodnie i jest zajęta rozmową, Jula wymknęła się przed parafię na papieroska. Msza zaczynała się za chwilę, a w kościele było może z pięć osób, nie wliczając księdza, pijącego pewnie wódę na zakrystii. Darowano sobie zbieranie na tacę z braku ministrantów, a od niedawna msze odbywały się nawet bez organisty (który jak reszta, poszedł pewnie na Teal Deal, gdy cena spadła po raz trzeci). Sześć lat temu za Cyraneczka kosztowała tyle, co nowe Bugatti, a i wtedy sprzedawano je po stracie. W pierwszych miesiącach skusiło się na to najwyżej kilku starych miliarderów, którzy i tak planowali pewnie, by ich zamrożono. Teraz Jula nie pamiętała już, kiedy właściwie przestali reklamować Cyranki jako produkt dla seniorów.
Jula zaciągnęła się. Papieros pachniał już palonym plastikiem, ale nadal nie chciała wracać, a głupio tak stać pod kościołem bez pretekstu. Kątem oka zauważyła, że pod otaczającym parafię murkiem leżał przewrócony wózek z prasą. Rozejrzała się wkoło, ale chłopaka sprzedającego tu zazwyczaj gazetę, nigdzie nie było. Prychnęła, podeszła do wózka i postawiła go na nogi. Wypadło kilka zwiniętych w rulon gazet, teraz już właściwie parę kartek — z miesiąca na miesiąc numery robiły się coraz krótsze.
Nagłówek na pierwszej stronie Multiexpresu był duży i czerwony. Cyraneczka dla każdego?! Rząd OBIECUJE dofinansowanie. Oczy Juli zrobiły się jak pięciozłotówki. Jeśli wierzyć szmatławcowi, wicepremier zadeklarował, że wkrótce każdemu obywatelowi przysługiwać będzie opłacona państwowo Cyraneczka. Nic dziwnego, zważywszy, że na podobny manewr zdecydowało się już kilka państw. Przejrzała szybko resztę numeru, ale w środku znajdowało się wyłącznie kilka ogłoszeń i dwie reklamy, w tym jedna z metaliczną, niebieskozieloną Cyranką. Jula podejrzewała, że zapłacił za nią rząd.
Kiedy przypomniała sobie o mszy, było już chwilę po czasie. Przestąpiła niepewnie drzwi ciemnego kościoła, ale w środku panowała cisza i nie było tam nikogo z wyjątkiem Heli. W środku nie pachniało kadzidłem. Nawet starymi ludźmi nie pachniało — koleżanki wyszły moment wcześniej. Dziewczyna podeszła z wolna do ołtarza, ale jej kroki rozbrzmiewały głośniej, niż kościelne organy przed laty. Czy może nie pamiętała już ich dźwięku…? Usiadła obok Heli, odczekały razem minutę, potem drugą. Nie mając nic lepszego do roboty, Jula wpatrywała się po prostu w złote tabernakulum i jego nieruchomą, bezgłośną tajemnicę. Przełknęła ślinę, bo czuła, co trzeba zrobić. Wreszcie, nachyliła się i szepnęła Helci do ucha:
— Babcia, księdza chyba nie ma.
Hela wciąż się uśmiechała spod opadającego jej na wargi fałdu skóry. Wpatrywała się w ołtarz, skąpany w słońcu rozplecionym przez witraże — sam ten widok jej wystarczał. Jula szturchnęła Helę w ramię, najdelikatniej jak umiała, by kobieta nie rozleciała się jak wieża z klocków.
— Babcia…
Oczy miała podobne szklanym kuleczkom.

— A ty wiesz, babuniu, że już je refundują? — rzuciła Jula, jakby od niechcenia, z łyżką zupy między ustami a miską. W słabym świetle żarówki, które zamieniało czerniejące okno w taflę lustra, Hela przypominała drzeworyt.
— Ale co. — Hela wzięła kolejną łyżkę zupki.
— No Cyraneczkę. Wiesz, to takie, co się w tym zamykasz i masz dobrze, nic ci nie dolega.
Jula starała się mówić powoli, jak najbardziej zrozumiale, żeby babci nie umknął żaden szczegół. Minęło kilka sekund, w trakcie których nie przyszła odpowiedź. Po ich upływie, Hela podniosła dłoń z krepiny i machnęła nią niedbale.
— To nie dla mnie, wnusia. Ja za stara już jestem.
Jula czuła, jak jej palce bieleją na łyżce.
— Ale babcia — odparła, powstrzymując się z całej siły, by nie wybuchnąć — To jest właśnie dla starych. Żeby ich nie bolało. To proste jest. Nic nie trzeba robić. Przyjeżdża po prostu pan, wchodzisz do środka i tyle.
Hela wzięła kolejną, roztrzęsioną łyżkę zupy i siorbała, aż nic nie zostało.
— Babcia… — Jula nachyliła się, najbliżej jak się dało — Wszyscy tak teraz robią. Już nawet księdz zwiał. Rozejrzyj się.
Zanim babcia zdołała podnieść sztuciec do warg, spływała z niego większość zupy. Jula także się trzęsła. Nie mogła już tego znieść.
Trzy miliardy sztuk. Tyle ich wyprodukowali — wystarczająco, żeby zamknąć tam Indie i Chiny, a jeszcze na Stany starczyłoby miejsca. Wszyscy na północnej półkuli, od wieku przedszkolnego po późną starość, wchodzili już Cyraneczek. Kiedyś trzeba było wziąć kredyt, sprzedać mieszkanie i kilka organów. Po czterech latach Cyranka była w cenie nowego telefonu, a teraz rozdawali je za darmo, żeby tylko ci z polityków, którzy jeszcze zostali, mogli wreszcie z czystym sumieniem opuścić tonący statek.
Partia rządząca zmieniała się co parę miesięcy, w miarę, jak ubywało posłów, ale na dobrą sprawę, nikt się tym specjalnie nie przejmował. Każdy — nieważne, miliarder czy kierowca śmieciarki — dostawał to samo, więc co za różnica? Nie było lepszych czy gorszych modeli, nie było wersji Pro ani wersji SE. Liberałowie mówili o sukcesie wolnego rynku, socjaliści, że to dzięki subsydiom i spełnia się sen Marksa. Teal nigdy nic na tym nie zarobiło i raczej już nie zarobi — ale to w sumie bez znaczenia. Członkowie rady nadzorczej wzruszyli po prostu ramionami i wskoczyli do własnego wynalazku, gdzie nie dogoni ich już żaden inwestor, bo Cyranki nie da się otworzyć, a inwestorom też już było wszystko jedno.
Chyba nikt w Dolinie Krzemowej tego nie przemyślał. Kraje, które na początku zdelegalizowały Cyrankę, poddały się z upływem czasu, bo ludzie zaczęli z nich wyjeżdżać. Organizacje, które były jej przeciwne, odpuściły sobie, gdy także ich członkowie zaczęli tajemniczo znikać. Kobiety w ciąży donosiły tylko dzieci, żeby po porodzie wskoczyć całą rodzinką, każdy do własnej Cyraneczki. A ta tutaj stara katoliczka mówiła, że to nie dla niej, bo ona się na tym nie zna, a tak w ogóle to jest już za stara na takie bajery.
Jula musiała zamknąć oczy, bo z wściekłości zrobiły się wilgotne. Wiedziała, w czym był problem. Hela wierzyła, że jeśli skorzysta z Cyranki, nie pójdzie do nieba — jakbyśmy już sobie nie wymyślili własnego, zważywszy, że w Cyrankach nikt nie chorował ani nie umierał. Członkowie rodziny zagrali z Julą w gorące krzesła i to właśnie dla niej nie zostało żadne, gdy zatrzymała się muzyka. Została z babcią sama i teraz będzie musiała poczekać, aż ta wyzionie ducha. Jula nie wiedziała, kogo nienawidzi bardziej — jej czy siebie samej.
Wstała od stołu. Zrobiła to na tyle szybko, że taboret przewrócił się z hukiem i zabrzęczały sztućce. Babcia nawet nie drgnęła.
— Już się najadłam — oznajmiła Jula cierpko.
Chciała trzasnąć drzwiami, ale do salonu prowadziła tylko pusta framuga.
Minęła godzina, później dwie. Światło w salonie szybko zgasło, a od tego czasu siedziała w całkowitej ciemności. Chciała włączyć telewizor, ale bała się, że od wczoraj na wszystkich kanałach nieruchome kamery zaczeły wyświetlać puste studia.
Choć na początku nie przeszło jej to przez myśl, teraz miała nadzieję, że i dla niej starczy Cyraneczki — nawet jednej, nawet najbardziej poobijanej, byle tylko mogła być w niej na zawsze sama, jeśli z jakiejś przyczyny zaczęli produkować grupowe. To chyba było w tym wynalazku najlepsze; że tam nie byłaby skazana na nikogo. Czy znajdą się jeszcze miejsca? Czy wybaczy się jej, że uwierzyła ostatnia?
Postanowiła, że wyjdzie wczesnym rankiem i nie wróci. Kupi sobie Cyrankę — były praktycznie w cenie mikrofalówki — i położy się do niej, choćby na środku ulicy. Przypomniała sobie, rozbawiona, jak na początku ludzie urządzali oficjalne ceremonię; jak kładli się do Cyranek o symbolicznych godzinach, w jakichś ważnych miejscach. Rok temu robili to już tak, jak wprowadza się auto do myjni albo wynajmuje pokój w pensjonacie. Teraz nawet “do widzenia” się nie mówi, żeby nie widzieć twarzy tych, którzy zostają jeszcze na trochę.

Obudził ją szmer klapek przesuwanych po dywanie. Obudził? Otworzyła oczy, zamrugała. Musiała zasnąć, znowu w ubraniach. Spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na zegarek. Wyświetlacz pokazywał, że jest już rano. Spróbowała zamrugać, cyfry nie zamieniły się miejscami, a jednak było ciemno i jedynym źródłem światła była zieleń ewidentnie popsutego zegarka. Nagle szmer się powtórzył. Jula zerwała się na równe nogi, ale to tylko Hela stała zgarbiona w odrzwiach salonu.
— Co ty tutaj robisz? Jest środek nocy — spytała ją Jula, przecierając oczy. Podniosła się z łóżka za szybko i zrobiło jej się niedobrze. — Jest środek nocy.
— Chodź, wnusia. — Hela machnęła ręką, dziwnie żwawo. — Pokazać ci coś muszę.
Jula zmarszczyła brwi, a staruszka ruszyła z powrotem do kuchni.
— Nie biegaj tak, Babcia, bo się potłuczesz.
Dopiero teraz dziewczyna dostrzegła, że znad telewizora zniknął obraz, który tak przestraszył ją ubiegłej nocy.
— …Zdjęłaś obrazek? — spytała babci, ale Hela była zajęta uwijaniem się z czymś w kuchni.
Jula dotarła tam powoli, nadal widząc niewyraźnie. Oczy niemal wypadły jej z orbit, kiedy zobaczyła, że babcia otwiera klapę strychu i zamaszystym gestem ściąga w dół składane schody. Gdyby nie odsunęła się w porę, drewniane belki zgniotłyby ją jak reklamówkę.
— …Babcia, zabijesz się!
Babcia jednak nie słuchała, bo oto schody stuknęły o podłogę, ukazując wejście na strych. Hela odwróciła się do Juli.
— Mamy gościa, wnusia.
— Jakiego gościa? — spytała Jula głupio i skarciła się zaraz. Jakiego gościa?, przedrzeźniła się w myślach. Też mi pytanie. Wiadomo jakiego. — Słuchaj, babcia. Nikogo już nie ma na świecie. Tylko my dwie.
Hela nie słuchała jej jednak i zaczęła wspinać się po drabinie. Jula zasłoniła usta, a drugą rękę wyciągnęła przed siebie, ale bała się dotknąć babci, stękającej na każdym stopniu — nawet od muśnięcia mogłaby spaść i połamać sobie kark. Ten straszny proces trwał może z minutę albo dwie, a Jula chyba z siedem razy błagała w tym czasie, by Hela zeszła na dół. Odwoływała się do rozumu, potem otrzeźwiała i próbowała odwoływać się do wiary, ale ta stara koza nie słuchała niczego, więc wgramoliła się w końcu na strych. Spanikowana, Jula zastanawiała się teraz, jak ją stamtąd ściągnie.
Dopiero wszedłszy za nią, uświadomiła sobie, że nigdy w zasadzie nie odwiedziła strychu Heli. W środku było ciemno jak w dupie, ale babcia kombinowała już ze świeczką. Emerytce udało się zapalić knot, a płomień wypełnił poddasze miękkim blaskiem. Wówczas Jula pojęła sobie, co ma przed sobą — z kilometra rozpoznałaby ten kolor; ten metaliczny połysk, którego nie sposób pomylić z czymkolwiek innym. Na strychu, pomiędzy zakurzonymi meblami i ciałkami kątników leżała Cyranka. Jula wzięła głęboki wdech.
— Jest nowa? — spytała babci, ale ta stała bez słowa, jakby wejście po drabinie zużyło ją kompletnie. Widząc, że nie uzyska odpowiedzi, Jula przyklękła przy Cyrance i drżącą ręką zaczęła obmacywać metal w poszukiwaniu plakietki.
Wreszcie znalazła.
Sprzed trzech lat — mniej więcej wtedy cena spadła na tyle, że produkt wszedł na rynek polski. Tego roku zaczęli z nich też korzystać naprawdę młodzi ludzie.
— Nie jest nowa — wymamrotała Hela.
Tyle już wiem. Dzięki za nic.
— Pytam, czy nowa, w sensie, że nieużywana. — Jula brzydziła się nutą nadziei w swoim głosie.
— Używana, używana — dodała Hela. — Leży w niej mama.
Jula szybko opanowała szok, któremu pozwoliła wbiec sobie na twarz. Ach, mama. Dla pewności przyjrzała się jeszcze plakietce. I faktycznie, widniało tam imię mamy. Dobrze, że chociaż tyle — rok później produkcja tak wzrosła, że przestali cokolwiek grawerować.
— Położyła się tutaj? Czy ktoś to przeniósł — spytała dziewczyna bez emocji, ale babka znów milczała.
Kolejne głupie pytanie. Na pewno się tu położyła. Cyranki były tak ciężkie, że raczej nie przenosi się ich bez powodu — a jeśli już przenosi, to na pewno nie na białowieski strych. Dziewczyna chciałaby podnieść wieko i upewnić się, co tak naprawdę leży w środku. Czy jej mama, równie sflaczała po nieudanym małżeństwie jak w dniu, gdy zniknęła? A może wszystko to było kłamstwo i w środku Jula znajdzie jej szczątki, wykrzywione w okrzyku przerażenia? Nie trzeba było jej tłumaczyć, że jeśli zacznie siłować się z klapą, w najgorszym wypadku kopnie ją prąd, a w najlepszym metal ani drgnie. Westchnęła ciężko i podniosła się. Stały tak przez chwilę, przyglądając się Cyraneczce i jej metalicznej, morskiej barwie.
— To chciałaś mi pokazać?
Z babcią było źle. Jula nie miała ochoty pytać, czemu mama położyła się akurat tutaj ze wszystkich miejsc, bo Hela równie dobrze mogła zmyślić odpowiedź, nie zdając sobie sprawy, że zmyśla.
Może jej matka uznała, że to wszystko chuja warte — że jeśli zostawia matkę i córkę, jest bez znaczenia, gdzie się położy, co z nią zrobią, czy w jaki barwny język ubiorą jej nazwisko. Chyba właśnie to był powód, dla którego świat skończył się w ten sposób — maszyny nie dało się było otworzyć z zewnątrz, a nikt nie wychodził z nich z własnej woli. Nie będzie komu spojrzeć ci w oczy ani spytać, jak mogłaś? Poza tym, Jula nie miała jej za złe. Gdyby wtedy się nie położyła, na świecie zostałyby dwie stare kobiety, niezdolne sobie pomóc. Niezależnie od tego, jak bardzo wszyscy powtarzaliśmy sobie, że kochamy innych — nigdy tak nie było.
Ciepłe łzy skapywały Juli po policzkach, ale nie płakała. Chciała krzyczeć, choć Cyraneczka nie przepuszcza dźwięku. I o co to wszystko? Jej mama jest szczęśliwa. Może wyjść w każdej chwili, prawda?
— Chodź babcia, wracamy — odezwała się Jula, łapiąc dłoń staruszki. Skóra Heli była cienka i przejrzysta jak folia. Czuć pod nią było kłęby żyły, splątanych bezsensownie jak w najgorszym komputerze świata. Było już późno, a jutro trzeba zrobić śniadanie, wykąpać się i znaleźć otwarty sklep. Jula otarła łzy. — Zostałyśmy same, wiesz?
Ale Hela spojrzała na nią i wydęła usta karcąco. Jej oczy znów zaczęły przypominać szklane kuleczki.
— A co z nim? — spytała, wskazując przed siebie.
Na te słowa zza obrazu, który wisiał wcześniej w salonie, wyszedł Pan Jezus, brzydki jak noc i wziął je pod rękę.


