Bez rozwiązań

/

Bez rozwiązań

O nieprzemijającej zagadce „Mulholland Drive”

/

O nieprzemijającej zagadce „Mulholland Drive”



David Lynch jest reżyserem, którego –⁠ mam nadzieję? –⁠ nie trzeba nikomu przedstawiać. To nie tylko jeden z najbardziej uznanych filmotwórców na świecie (a w jego repertuarze znajdziemy prace tak docenione jak Głowa do wycierania czy kultowe Twin Peaks), ale właściwie marka sama w sobie, stojąca na równi ze Stanleyem Kubrickiem, Andym Warholem czy Brianem Eno pod względem rozpoznawalności. Niedawna śmierć tego wielkiego artysty w styczniu 2025 roku wzbudziła –⁠ także we mnie –⁠ wzmożone zainteresowanie dziełami, które po sobie pozostawił.

Do rzekomo najlepszego filmu Lyncha, Mulholland Drive, przysiadałem już wiele miesięcy temu z moim chłopakiem. Nie pamiętam, czemu udało nam się obejrzeć tylko dwadzieścia minut –⁠ wspomnienie cierpiącej na amnezję Rity i otwartej na świat Betty okazało się jednak na tyle magnetyczne, że w miniony czwartek podjąłem się nocnego seansu Mulholland Drive na dużym ekranie.

Pierwsze dwie trzecie filmu to najwyższej klasy kino neo-noir odlane z tajemniczego i odpornego na patynę tworzywa. Dynamika dwóch głównych bohaterek (oskarżanych czasami o bycie „typowym” lesbijskim duetem) emanuje nadprzyrodzoną energią –⁠ może ze względu na charyzmę obu aktorek, a może ich wzajemną sprzeczność. Niesamowite są też kadry; każdy stanowi samodzielny obraz i do teraz zastanawiam się, w jaki sposób nakręcone zostały niektóre ze scen –⁠ zwłaszcza ta, której „nie chciałbym zobaczyć poza kinem”, sprawia wrażenie, jakbyśmy zaglądali do czyjejś głowy w trakcie snu.

Oczywiście, ponieważ mamy do czynienia z filmem Davida Lyncha, nie oczekiwałem standardowego zakończenia. Mulholland Drive jest skonstruowane jak zagadka, ale odpowiedź na nią wręcz nie mogła być satysfakcjonująca. W Betty od początku czułem, że to postać zbyt idealna, by odbierać ją dosłownie –⁠ trudno było mi też wyobrazić sobie, jaka może być diegetyczna prawda o kluczu z niebieskiego metalu, który Rita znajduje w swojej torebce. Świat Mulholland Drive musiał pęknąć w szwach; wydaje mi się jednak, że sposób, w jaki został rozpruty w zakończeniu, pozostawia wiele do życzenia.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie oczekiwałem od Mulholland Drive kryminalnej bajeczki z oklepanym rozwiązaniem –⁠ to fałszywa dychotomia (bo czy ktoś skazuje nas na jedno albo drugie?). Na przykład w Mechanicznej pomarańczy Kubricka, nawet jeśli historia jest dosłowna, zakończenie wciąż ma silny potencjał metaforyczny. Z drugiej strony, w filmach takich jak Tár Todda Fielda pojawiają się elementy metaforyczne, choć nie zmuszają nas ani do uciekania w psychoanalizę, ani do wzruszania ramionami, ze stwierdzeniem, że rzeczywistość filmu jest „niedosłowna”, a co za tym idzie, nie istnieje żadna mogąca wyjaśnić ją teoria.

Ostatnia scena Mulholland Drive („Silencio!”) wydała mi się wręcz pretensjonalna i nieco żenująca. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że mamy do czynienia z filmem w większości bardzo dobrym –⁠ nawet jeśli mi osobiście kreowana przez Lyncha iluzja Hollywood wydaje się po stokroć ciekawsza niż to, co na koniec pod nią znajdujemy. Prawdziwe nowatorstwo jest przecież trudniejsze niż uciekanie od kiczu w mało satysfakcjonujący nonsens.

/ Ocena: