Kolaż z materiałów promocyjnych Obsesji i Ojczyzny oraz produktu One Wish Willow w kontekście recenzji.
Krótko o Ojczyźnie
Kiedy 23 maja 2026 r. Paweł Pawlikowski zdobył w Cannes swoją drugą nagrodę za najlepszą reżyserię (pierwszą przyniosła mu Zimna wojna), dołączył do wąskiego grona zaledwie pięciu twórców – Coen, Clément, Bresson, Jutkiewicz i Boorman – którzy mogą pochwalić się więcej niż jedną prix de la mise en scène. Tym bardziej zdziwiło mnie, że o filmie, jaki przyniósł Polakowi ten niebywały sukces (Ojczyzna, ang. Fatherland 2026), nie usłyszałem z mediów polskich, na ogół chętnych ogłaszać podobne triumfy wszem i wobec, ale z… The New Yorkera.
Szedłem na Ojczyznę, nie wiedząc, czego w ogóle dotyczy, i ciekawiła mnie przyczyna tej względnej ciszy we własnej ojczyźnie. Bańka medialna osoby spędzającej za dużo czasu w Internecie? Raczej nie, skoro o filmie Pawlikowskiego nie słyszała również moja mama, która ogląda sporo telewizji informacyjnej. Może brak fanfar wynikł z tego, że Ojczyzna dopiero wchodziła do krajowych kin? Albo z mniejszego entuzjazmu polskich recenzji niż tych zagranicznych?
Po seansie odpowiedź na te pytania wydaje mi się jasna. Nowy obraz Pawlikowskiego – w przeciwieństwie do Zimnej wojny (pięknej, choć prostej jak drut) – można opisać jako zagadkowy, upleciony z intelektualnych nawiązań i przedstawiający mało ciekawy okres w życiu pisarza niezbyt w Polsce celebrowanego. Fascynatom literatury Thomasa Manna słowa te mogą wydać się obrazoburcze, ale z przykrością stwierdzam, że opisują one stan faktyczny – Czarodziejska góra czy Buddenbrookowie nie są dziełami powszechnie tu znanymi1.
Co więcej, Ojczyzna nie próbuje niczego ułatwić widzom, którym obcy jest temat literatury i dziedzictwa Manna. Nie tłumaczy też nikomu, kim był Wagner ani w jakie kontrowersje omotali się jego spadkobiercy – i całe szczęście, choć niewątpliwie ogranicza to jej zasięg do osób gruntownie wykształconych w kwestiach kultury (a i tym nie obiecuje prostych odpowiedzi na stawiane przez siebie pytania).
Być może właśnie dlatego w polskich materiałach marketingowych tyle samo co Sandry Hüller (świetnie zagrana bohaterka pierwszoplanowa) uświadczymy Joanny Kulig – epizodyczna rola „gwizdana”2. Odbioru Ojczyzny na pewno nie ułatwi też okrojona akcja, komponowana przeważnie z miałkich i celowo pustosłownych przemówień Manna (Hanns Zischler) oraz licznych rozmów przy alkoholu niemiecko-rosyjsko-amerykańskiej socjety okresu powojennego.
Mimo wszystkich powyższych powodów, dla których obrane przez Pawlikowskiego tworzywo nazwać można „opornym”, reżyserowi udało się nakręcić film, jakim pochwalić może się niewielu polskich twórców – bezkompromisowo antykomercyjny, a jednocześnie bezpretensjonalnie ludzki. Ojczyzna nie nudzi, nawet gdy liczba słów na minutę wskazuje, że powinna. Precyzyjne kadry Łukasza Żala ogniskują całą uwagę na wielowarstwowych bohaterach, budzonych do życia przez akurat te karty, których nie mają odwagi wyłożyć na stół – ani przed odbiorcami, ani przed sobą nawzajem.
Namawiam do zobaczenia filmu Pawlikowskiego, choć wydaje mi się, że hermetyczna enigma i narracyjna nieważkość Ojczyzny czynią z niej rzecz na tu-i-teraz. A szkoda. / Ocena na Filmwebie: 8 na 10.
Na punkcie Obsesji
Obsesja jest reżyserskim debiutem dwudziestosześcioletniego Curry’ego Bakera wyprodukowanym między innymi przez studio Blumhouse. Wspominam o tym dlatego, że kupując bilet, sądziłem, iż stoi za nim A24, znane z finansowania niszowych horrorów oraz pomysłów młodych, niedoświadczonych twórców. Jakiś czas temu wiek reżysera Backrooms, Kane’a Parsonsa, stał się nawet memem.
Tymczasem Blumhouse – faktyczny producent Obsesji – to studio opłacające przeważnie tzw. horrory z krwi i kości, czyli niezdatne do oglądania krytyczne porażki, mające do zaoferowania wyłącznie nużące jumpscare’y i oklepane pomysły serii takich jak Paranormal Activity, Insidious, The Purge czy Happy Death Day. Blumhouse ma też może na koncie kilka bardziej uznanych produkcji, jak choćby Get Out, obracające się wokół kwestii rasowych, ale na mnie i ten film nie zrobił wrażenia – zwłaszcza nie takiego jak Hereditary (2018) czy Midsommar (2019) Ariego Astera spod skrzydeł A24.
Do obejrzenia Obsesji zachęciły mnie pozytywne recenzje i to, że film Bakera powstał za grosze – rzekomo $750,000 – chociaż osiągnięty wizualnie rezultat wydaje się przekraczać budżet o rzędy wielkości. Już od pierwszej sceny widać autentyczną troskę włożoną w kadrowanie czy oświetlenie, przypuszczalnie ostatnie na liście typowych priorytetów Blumhouse’a. Także uzyskane przez zespół Obsesji efekty specjalne, może wyłączając scenę z pieniędzmi (będziecie wiedzieć, o czym mowa) budzą mój szacunek.
Podjęte przez studio ryzyko powierzenia filmu debiutantowi odpłaciło się z nawiązką – Obsesja okazała się ogromnym finansowym sukcesem i może potencjalnie pociągnąć za sobą całą serię pełnometrażówek osadzonych w tym samym uniwersum. Ich fabularnym klejem będzie prawdopodobnie centralny dla Obsesji motyw życzenia „małpiej łapy” – takiego, które przynosi efekt inny od zamierzonego.
Pomysł nie jest w żadnym sensie nowy; zidiomizowana w języku angielskim „małpia łapa” bierze się z opowiadania grozy W. W. Jacobsa wydanego w 1902 roku. Życzenia tego typu były wykorzystywane jako narzędzie fabularne również we współczesnych filmach grozy (choćby kretyńskim Wish Upon z 2017 roku). Co nowego ma do zaoferowania Obsesja? Zdawałoby się, że niewiele.
Jej główny bohater, Baron „Bear” Bailey (Michael Johnston), natrafia przypadkiem na czarodziejski przedmiot – One Wish Willow – za którego sprawą nieintencjonalnie przymusza Nikki Freeman (Inde Navarrette), seksowną przyjaciółkę i współpracowniczkę, do zakochania się w nim. Szybko okazuje się, że „miłość” Nikki jest nieco intensywniejsza, niżby sobie życzył. Ten pomysł również był wykorzystywany w horrorach3.
Tym, co wyróżnia Obsesję, jest bez wątpienia doskonały występ Navarrette. Aktorka zabiera obsesyjną miłość na nieznany dotąd poziom wiarygodności, a jej mimika i artykulacja są podkreślane przez szereg pomysłowych zabiegów wizualnych, takich jak zabawy cieniem4. Problemy z Obsesją nie leżą więc w aparycji filmu, występach, udźwiękowieniu ani muzyce – mimo ograniczonego budżetu, każdy z tych elementów jest na wysokim poziomie.
Dostrzegam je przede wszystkim w scenariuszu, który, zamiast wykorzystać w pełni centralną koncepcję nadmiernej miłości jako źródła strachu, zmusza się z jakiegoś powodu do sięgania po cały niepotrzebny tu repertuar oklepanych Blumhousowych sztuczek.
W łóżku z Annabelle
Dalej spojlery! / Otóż nie wystarczy, że Nikki kocha głównego bohatera do demonicznej przesady – że nadprzyrodzona siła odziera ją z tożsamości, zmienia w groteskową wersję samej siebie czy torturuje złymi snami. Nikki przejawia wachlarz zachowań, których nie sposób wytłumaczyć miłością; musi sikać pod siebie, darzyć fascynacją zwłoki kota, upiornie hasać nocami po domu i zakrywać sobie twarz doniczką, zamieniając się w ten sposób w budżetową Annabelle5 czy zakonnicę z The Nun (2018). Czemu? Kto wie. Może tylko Anabelle wydaje się Bakerowi wystarczająco straszna.
Mało tego, Nikki są w zasadzie dwie – jedna, przywołana do życia czarodziejską durnostojką, i druga, prawdziwa, która czasem jest w stanie pogwarzyć do bohatera przez sen. Czy w takim razie to Nikki kocha Barona, czy może darzy go uczuciem tylko jakaś paranormalna, kontrolująca ją istota? Moim zdaniem cały ten pomysł zasadniczo osłabia zdrowe koncepcyjnie serce filmu.
Nierzetelna zdaje mi się też psychologia Barona, którego z jednej strony narracja usiłuje przedstawić jako moralnie niejednoznacznego – za krzywdę wyrządzoną ukochanej karci go np. rozmówca na „wierzbowej” infolinii. Z drugiej strony, do opętania Nikki bohater doprowadza zupełnym przypadkiem – nie przypuszcza przecież, by przedmiot za siedem dolców naprawdę miał czarodziejskie moce. Jaka w tym jego wina?
Zapewne taka, że Baron ignoruje niedające się zignorować objawy opętania Nikki do ostatniej chwili; naprawdę podoba się mu jej głęboka, nieprzemijająca miłość. Niestety, scenarzysta (sam Baker) przedobrzył z zaimplementowanym Baronowi urojeniem, gdy pod koniec filmu – po brutalnym morderstwie przyjaciółki przez zazdrosną Nikki – bohater znajduje drugą różdżkę i życzy sobie, by dziewczyna… kochała go w normalny sposób? Rychło w czas.
Operując na własnej logice
Być może w obłudę Barona łatwiej byłoby uwierzyć, gdyby Baker poddał szaleństwo Nikki konsekwentniejszej gradacji, a dowody na nie ujawniane były odbiorcy wolniej. Tymczasem Nikki jest ewidentnie niespełna rozumu już w parę minut po przełamaniu wierzbowej różdżki przez bohatera, który od samego początku bagatelizuje stan dziewczyny w niewiarygodnym stopniu. Montaż wielu dni jego szczęśliwości z Nikki widzimy już po zrobieniu przez nią ołtarzyka dla kota ich pierwszej wspólnej nocy.
Dziwią także reakcje przyjaciół Barona i dziewczyny na te osobliwe epizody. Zamordowana przez Nikki koleżanka stwierdza choćby (na jakieś 5 sekund przed swoją giga śmiercią), że Baronowi przydałby się ktoś „trochę spokojniejszy”. Sęk w tym, iż praktycznie scenę wcześniej Nikki z pełnej pety dźgnęła się w twarz na posiadówce i musiała być wieziona do szpitala. Pełna zgoda – nic tylko życzyć mu kogoś z większym czillem.
Niekiedy Obsesja zdobywa się na odwagę, by wzbudzić w odbiorcach odrobinę głębszych uczuć (np. tęsknotę za zabitą koleżanką). Trudno jednak brać na poważnie żałobę po kimś, kogo głowa zostaje minutę wcześniej upłynniona cegłą podczas emocjonalnej rozmowy o marzeniach dostania się na uniwersytet.
Widziałem recenzje, w których usprawiedliwiano ten dziwaczny fenomen zupełnej niekonsekwencji jako „operowanie na własnej logice”, uzasadniające przecież czemu ogólnodostępny przedmiot ze sklepu ma magiczne moce. Określenie to wydaje mi się eufemizmem na rozerwanie filmu między tanią komedią a czymś wartym traktowania serio. Wierzbowa różdżka jest częścią premise, pozwalającego filmowi rozegrać się w oczekiwany sposób – jej absurdalność nie uzasadnia nielogicznych zachowań przeważnie realistycznych postaci.
Pod koniec seansu to właśnie slapstick przejmuje kontrolę nad fabułą, jak demon z wierzbowej różdżki nad biedną Nikki. („O kurwa! Mam bilion dolców!”) Krzywda dla filmu jest tym większa, że odrobina wiary w siebie mogła uczynić Obsesję horrorem godnym zapamiętania i budzącym strach głębszy niż większość taniochy spod szyldu Blumhouse’a. A szkoda! / Ocena na Filmwebie: 5 na 10.

Przypisy
- Można argumentować, że Buddenbrookowie przeżywają renesans w związku z ukazaniem się nowego tłumaczenia. Nie jestem przekonany, czy zjawisko to – o ile zachodzi poza wyobraźnią literaturoznawców – byłoby w stanie udźwignąć komercyjnie film tego typu. ↩︎
- Mowa o mikro-trailerze, który widziałem w warszawskim metrze. Przykro mi, ale nie mam jak go podlinkować. ↩︎
- Przykładem może być The Love Witch (2016), ale wątek przymusowej miłości pojawia się często na drugim planie filmów grozy, np. we wspomnianym już Midsommar (2019). ↩︎
- Widać to dobrze w scenie, w której Nikki zjawia się w progu domu Barona (ale także w licznych scenach jej paranoicznych napdów, gdy subtelnymi metodami podkreślana jest czerń jej oczu). ↩︎
- Dla jasności, zdaję sobie sprawę, że Anabelle jest wytworem Warnera, nie Blumhouse’a. ↩︎
Post scriptum
Ojczyznę i Obsesję widziałem dwa tygodnie temu – nie tydzień temu, jak wskazuje tytuł. Ponieważ wpis zamierzałem opublikować w ubiegłym tygodniu, pozwoliłem sobie na to drobne kłamstwo. Podczas mojej wizyty w Kinotece (na Obsesji) odbywał się tam festiwal kryptowalut i AI slopu, ale nadkruszył on wyłącznie moją opinię o tym kinie; nie o filmie Bakera.



